take my hand, i'll show you how


11. gdy wszystko staje się jasne.

niedziela, 12.września.2010, 01:20
To jakaś najdłuższa przerwa w moim życiu, ale widzicie, wracam, tak jak mówiłam (albo nie mówiłam, nieważne). Jest dużo osób, które przy mnie siedziały i w ogóle, czuję się jakbym wygłaszała mowę oskarową i im dziękuję, bardzo, a one wiedzą, że dziękuję właśnie im.
Więc teraz macie i jedzcie z tego. Wszyscy.

...

Na szklanym blacie oplecionego wikliną stolika w równym rządku stały kolejno: dwa pucharki opróżnione z wiśni po parysku, talerzyk, na którym jeszcze chwilę temu leżała spokojnie potrójna porcja tiramisu oraz dwie porcelanowe miseczki – jedna po lodach z karmelem i czekoladą, druga po wielkiej porcji bitej śmietany z owocami. Sonia, blada i roztrzęsiona, targając swoje wysuszone od słonej wody i słońca, pojaśniałe włosy zimnymi dłońmi, wpatrywała się tępo w wyjątkowo dziś spokojne morze. Zajmowany przez nią leżak ustawiony był idealnie między brzegiem a basenem – z jednej więc strony do jej uszu docierały krzyki dzieci, po angielsku, rosyjsku, niemiecku i chorwacku sygnalizujących, że chcą siusiu, jeść, do domu, albo wyjść z basenu, z drugiej zaś cichutki, kojący szmer fal.
Kojący prawdopodobnie dla każdego oprócz Soni.
Sonia chciała potopić wszystkie te dzieci, zasypać morze, a następnie, w ramach le grand finale, wysadzić w powietrze cały przeklęty Dubrownik, razem z hotelem, Graeme i, w końcu, i nią samą.
Już dwa dni z rzędu nie przyszedł na umówione spotkanie. Został zamordowany, myślała, bestialsko zarżnięty przez chorwackich opryszków albo spity rakiją przez jakąś śniadą piękność z kwiatami we włosach a potem podzielony na części i sprzedany, ah cóż za paradoks, może właśnie do jej rodzinnego kraju. Albo wyjechał. Postanowił być bardzo werteryczny i strapiony, postanowił ją porzucić tylko po to, by uczynić ją swoją Lottą i na podstawie ich króciutkiej wspólnej historii wydać w końcu tę genialną powieść, nad którą pracował. Albo dostał w głowę doniczką, na starówce przechadzając się jedną z tych wąziutkich uliczek, dostał doniczką (ach, na miłość boską, mogłyby się te chorwackie baby opanować z wystawianiem całego asortymentu domowego na parapety, no bo patrzcie przecież co na nich stoi, donice, tarki do sera, gramofony, zdjęcia dzieci, zdjęcia kotów, same koty, może nawet tasaki, pewnie i nim dostał!) i stracił pamięć, a teraz wałęsa się przerażony w porcie, głodny i zmarznięty, co z tego, że mamy ponad trzydzieści stopni, szczegóły!
Więc siedziała, ubrana w śliczną sukieneczkę, rozczochrana i zasmucona, ze wszystkimi tymi słodyczami w żołądku, pożegnana z dietą i dokładnie w momencie, w którym miała zamiar wrzucić pucułowatego dzieciaka w niebieskich kąpielówkach do wody, gdzieś pomiędzy wszystkimi tymi naczyniami odezwał się jej telefon, bum bum bum, nightclubbing, parampam pam bum.
- Soniu – Oksana, soniowa mama, od trzech dni w rewelacyjnym nastroju i kondycji, brzmiała lekko i śpiewająco – Chodź tu do nas do hallu! Koniecznie musisz kogoś poznać!
Chryste, pomyślała Sonia, a potem wstała i ruszyła przed siebie, wcześniej zostawiwszy w granatowej skórzanej okładce kilka kun napiwku (obsługujący ją kelner wyglądał na zmartwionego, taka ładna dziewczynka, ale trochę pulchniutka i jeszcze się objada).
Gdy dotarła na miejsce, klapiąc japonkami i krzywiąc się z tęsknoty, w twarz uderzył ją klimatyzacyjny chłód, otoczyli dobrze ubrani ludzie, kilka, jeśli nie kilkanaście języków, barwy, zapachy perfum, walizki, teczki, kolorowe butelki w barze.
Ale po chwili Sonia widziała już tylko swój cel, szła coraz szybciej, klapała coraz głośniej, oddychała z coraz większym trudem. Piętnaście, siedem, dwa metry przed nią stała jej mama, Oksana, Graeme (te same włosy, te same dłonie, ta sama postawa, ten sam uśmiech, ta sama blizna na policzku) i jakaś naprawdę ładna, naprawdę chuda blondynka w kusej garsoneczce, z włosami opadającymi na kościste plecy.
- Soniu! Już jesteś! – matka wyciągnęła do niej dłonie, Graeme odwrócił się przez ramię i, i tak już blady, stał się wręcz fioletowy, a jego towarzyszka posłała jej promienisty uśmieszek w kolorze śniegu i pomadki YSL. – Bardzo chcę ci kogoś przedstawić!
Świat Sonieczki Strelnikov zawirował gwałtownie, zatrzymała się przy nich z westchnieniem, pociemniało jej w oczach.
- To Graeme Castelbajac, ostatnimi czasy moja prawa prawnicza ręka – oznajmiła Oksana, z lekkim akcentem, przeciągając końcówki – A to Luelle, jego urocza narzeczona.
Prawa prawnicza ręka. Graeme Castelbajac. Graeme-wspólnik-jej-matki. Graeme Castelbajac i piękna blond-Luelle. Jego urocza blond Luelle. Narzeczona.
Sonia chciała, w sposób nader filmowy, kopnąć swojego niedoszłego kochanka w miejsce wiadome, a jego dziewczynkę uchwycić za pukle i wgnieść w śliską, błyszczącą podłogę, ale nim się zorientowała już klęczała przed nimi i, z jękiem oraz łzami w oczach, wymiotowała wprost przed siebie. Może nawet na markowe buciki przyszłej pani Castelbajac.

Skandar leżał na pomoście, tym samym, na którym poprzedniego ranka odbył poważną rozmowę, jeśli można ją było nazwać rozmową, z Malin i, wyciągnięty na malinowym ręczniku frotte, z głową opartą o gładkie, opalone udo Miuccii, palił słodkiego południowego papieroska, substytut rozmowy, miłości i lunchu.
- Miu – zaczął, zafrasowany i zachrypnięty – czy ja jestem wredny? Czy jestem dupkiem i skurwysynem?
Miuccia przebudziła się z drzemki i przeczesała delikatnymi palcami jego zmierzwioną grzywkę.
- Nie wiem, Skandar, nie mam pojęcia – odparła tylko, ziewając – Ale dobrze całujesz i jesteś taki ładniutki.
Fantastycznie.
- Ale – podniósł się (z zawrotem w tej poplątanej główinie) na łokciach i udawał, że zagląda jej w oczy, ukryte pod retro okularkami w rogowych oprawkach – Miuccia, na serio. Jestem, no wiesz, skurwysynem? Cholernym pojebanym fiutem?
- Jeeezu – jęknęła jego towarzyszka i, wstając, prawie kopnęła go w zęby – Nie zadawaj mi takich pytań. To nie ma sensu, Skandar, bo ja cię w zasadzie nie znam. To co ci powiem niby? Nic – wzruszyła ramionami – A teraz chodź popływać, co?
Pokręcił głową i ruszył w stronę domu. Kamyczki i skały raniły mu bose stopy gdy wspinał się ku werandzie. Może, myślał sobie, może Malin miała rację. Może powinien na wstępie, zanim jeszcze się przedstawiał i podawał rękę na powitanie, mówić, że kiedyś był inny, ale teraz się zmienił, zmienił się, bo zabił swoją pierwszą dziewczynę i wcale nie chciał tego pamiętać?
Może, myślał sobie dalej, Malin miała rację. Może Miuccia, Oscar i Giambattista wcale go nie znali, piękni i uroczy, może nie chcieli go poznać, może chcieli z nim tylko przełykać kolejne pseudo-intelektualne absurdy i słuchać muzyki i jeść i pić i ćpać i uprawiać seks. Tylko to od samego początku.
Może, myślał sobie Skandar Larssen, może, może, może…

W całym pokoju Coco Laffert walały się najróżniejsze rzeczy. Suszarka, tomik kiepskiej poezji miłosnej, paczka tamponów, etui z filmami dvd. Perfumy, buty, cekinowa kopertówka. Dwie butelki po wodzie, trzy butelki po piwie. Paczka herbatników w czekoladzie, laptop, ładowarka do iPoda. Kolczyki nie do pary, wyschnięty lakier do paznokci. Rozrzucona pościel, rozrzucone ubrania, rozrzucone ulotki, puste pudełka z twarzami uśmiechniętych bobasków i ich, jeszcze radośniejszych, matek.
Z samego rana Chloe i Kenzo poszli na dziką plażę oddaloną od hotelu o jakiś kilometr. Coco znowu mdliło, w nocy sikała z pięć razy. Na śniadanie zjadła jogurt z lepką marmoladą i otrębami, wypiła dwa kieliszki wódki i, na piechotę, prawie na oślep, poszła do miasta, w którym bez większego trudu odnalazła aptekę.
Kupiła osiem różnych. Osiem różnych. Różne marki, różne systemy, różne metody. Osiem.
Wróciła do hotelu, w lobby wzięła jeszcze jedną wódkę, ale jej nie wypiła. Opróżniła za to dwa wielkie baniaki soku jabłkowego. Żeby mieć czym sikać.
Wjechała na górę, otworzyła drzwi, usiadła na podłodze. Czuła ból spieczonych słońcem ramion i strach, potworny, paraliżujący strach.
Błagam, jęczała, otwierając kolejne opakowania, wysypując ich zawartość na podłogę, przeglądając ulotki, mnąc je, odrzucając za plecy, błagam, niech to będzie cokolwiek innego, błagam, niech to nawet będzie rak, proszę.
A teraz siedziała na brzegu wanny, naga i przerażona jeszcze bardziej, ba, ledwie przytomna z tego ogromnego strachu, ledwie świadoma, ale wciąż na tyle trzeźwa, by dopuszczać do siebie jedną myśl. Chryste, Chryste, Chryste.
Chryste, Coco płakała, Chryste.
Jestem. Jestem. Jestem w ciąży. Jestem w ciąży.
Osiem. OSIEM TESTÓW. OSIEM TESTÓW. OSIEM TESTÓW. Wszystkie pozytywne.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

10. milion możliwości,

poniedziałek, 30.listopada.2009, 00:03
Prawdopodobnie była największą kretynką na całym świecie. Normalni, zdrowi psychicznie ludzie nie robili takich rzeczy. Każda z jej znajomych zostawiłaby Skandara na tej cholernej, zimnej podłodze i poszła spać ze słuchawkami swoich kolorowych iPodów nano wciśniętymi w uszy.
Ale Malin siedziała przy nim dopóki nie zasnął. Nie trwało to jakoś specjalnie długo, był chyba zbyt nawalony na jakiekolwiek rozmowy, w zasadzie był tak nawalony, że przez kilkanaście minut po prostu leżał patrząc w sufit i nie była pewna, czy żyje. Potem zasnęła w fotelu w rogu jego pokoju, przykryta jakimś wytartym, pachnącym nikotyną tiszertem.
Skandar krzyczał w nocy. Zastanawiała się, czy jego ojciec tego nie słyszał, czy też raczej tylko udawał, że nie śpi, żeby uniknąć konfrontacji z własnym marnotrawnym synem. Kiedy w końcu zerwała się z łóżka i tylko w piżamie przemknęła z powrotem do sypialni Skandara, przy jej drzwiach spotkała własną, rozespaną matkę. Jej zmęczone, brązowe oczy błyszczały w ciemności.
- Mamo, on ciągle krzyczy – mruknęła, wsuwając dłoń w kieszeń swoich dresowych spodenek – Całą cholerną noc.
- Wiem, kochanie – Pernille nachyliła się, żeby pocałować córkę w czoło, a potem cofnęła, przyglądając się jej uważnie – I myślę, że ten chłopiec ma problem. Jest mi go po prostu żal, wiesz? To znaczy… ja myślę, że oni obydwaj mają jakiś problem.
- Tak, mamo. Myślę, że mają cholerny problem.
A teraz siedziała nad samym brzegiem morza w sięgającym połowy uda, wyciągniętym podkoszulku, czubkami palców stóp zataczając kółka na powierzchni wody tak przejrzystej, że mogła czasem dostrzec cień połyskujących ławic przepływających wstęgami kilka metrów pod nią. Miała ochotę na tyle rzeczy; na papierosa, na bazgranie akwarelkami i kolorowymi długopisami w swoim, prawie już zapełnionym rysunkami notatniku, na cytrusowy sorbet i noc spędzoną we własnym łóżku. Nie zauważyła nawet kiedy się przysiadł. To było piękne i przerażające, nawet na kacu, który ją samą zmieniłby w ledwo się poruszającą maszynę zagłady chodził z taką lekkością, o której większość ludzi prawdopodobnie mogła tylko pomarzyć.
- Brzydzę się tobą – miał zachrypnięty głos, rozczochrane włosy, jasna skóra jego kolan prześwitywała przez dziury w spranych levisach – Nigdy więcej nie pozwalaj sobie na maltretowanie mnie, kiedy jestem nieprzytomny.
- Słucham? – w pierwszej chwili była tak zszokowana, że nawet nie do końca zrozumiała sens jego słów.
- Słyszałaś, na miłość boską – odparł, wzruszając nagimi ramionami. – Kurwa, nie prosiłem nikogo o wczasy z jakąś niewyżytą wariatką, która…
- Skandar? – przedziwne uczucie rozpaliło jej policzki i sprawiło, że na chwilę straciła ostrość widzenia – Słucham?
- Jezu Chryste – parsknął śmiechem – Naprawdę nie rozumiem czemu jeszcze udajesz tak zszokowaną. To moja sprawa w jakim stanie i o której godzinie wracam do domu, okej? Nie potrzebuję, żeby ktokolwiek wciągał mnie po schodach i czekał, aż spokojnie zasnę, okej? A szczególnie nie ty. Okej?
- Ja… - spuściła wzrok na własne dłonie, obgryzione paznokcie niedokładnie pomalowane wiśniowym lakierem, postrzępiony na brzegach błękitny plasterek w muminki okręcony naokoło opuszka małego palca, w który skaleczyła się poprzedniego wieczora przy krojeniu owoców. Wyobraziła sobie, jak do wody wciąga ją jakiś muskularny tryton albo przynajmniej ławica kolorowych ryb i na moment poczuła słodkie uczucie ulgi, zaraz rozwalone w drobny mak przez powracającą świadomość, że Skandar siedzi sobie obok z kpiącym uśmiechem i papierosem wetkniętym za ucho, nazywając ją niewyżytą wariatką. – Skandar, kurwa mać, czy ty się słyszysz?
Najwyraźniej się tego nie spodziewał, bo tylko westchnął dramatycznie, spoglądając na nią z ukosa.
- Gdyby twój ojciec wczoraj cię znalazł, sinego jak cholerny nosferatu, zarzyganego sukinsyna walącego trawą na kilometr… - zatchnęła się i zamrugała gwałtownie żeby zebrać myśli – Uwierz mi, że teraz wracałbyś na wykupionym w ostatniej chwili miejscu w jakimś rozpadającym się samolocie do cholernego domu.
- Więc chcesz mi powiedzieć – Skandar mówił niespiesznie, zupełnie inaczej niż ona, bez jakichkolwiek emocji wypisanych na pełnej skupienia twarzy – Że poświęcałaś się dla mnie ponieważ za wszelką cenę chcesz mnie tu zatrzymać? To całkiem zrozumiałe i miłe, że w końcu się przyznałaś do uczuć, które do mnie żywisz… Jest mi przykro powiedzieć, że niestety ja uważam cię za…
- Co?! – poderwała się na równe nogi, nerwowo wygładzając koszulkę – Nie! Ja… Jezu Chryste! – przeczesała splątane włosy, wpatrując się w niego z niedowierzaniem szeroko otwartymi oczami. Nie mogła nawet uwierzyć, że ten chłopak, którego pamiętała z dzieciństwa jako dzieciaka z latawcem, kwitującego każde kolejne potknięcie obfitujące w zdarcie skóry z kolan wybuchem szczerego, radosnego śmiechu, może w ogóle robić jej coś takiego.
- No dobra, Malin – sam zaraz wstał, kładąc smukłą dłoń na jej rozgrzanym ramieniu – Obydwoje wiemy jak to wygląda, ale nie martw się, jeśli chcesz, nie powiem nikomu. No, może oprócz Miuccii i…
- Tak, Skandar – mobilizując wszystkie pokłady dumy uniosła głowę, spoglądając na niego z lekkim uśmiechem i nadzieją, że nie zauważa drżenia prawego kącika jej ust – Obydwoje wiemy, jak to wygląda i ja także mogę ci obiecać, że jeśli jeszcze raz załapię się na tak wspaniałą okazję jak wczoraj, to osobiście zawołam twojego ojca, by sobie na ciebie, pojebany cholerny fiucie, popatrzył.
- Nie unoś się tak, Malin – trudno było jej zachować równowagę psychiczną gdy zbliżał usta na odległość trzech centymetrów od jej własnych, ale teraz nie cofnęła się, oddychając w miarę równo jak na osobę w totalnej rozsypce emocjonalnej – Mój ojciec…
- Twój ojciec chętnie wsadziłby cię w samolot i wysłał do matki. I ty świetnie zdajesz sobie z tego sprawę – spoglądając przez ramię na wąską, prowadzącą między skałami ścieżkę u której szczytu znajdował się ganek domu Larssenów Malin doszła do wniosku, że ucieczka do domu zdecydowanie nie wchodzi w tym momencie w grę, jako, że Skandar prawdopodobnie pognałby za nią, by zaraz zrzucić ją ze skał – Nie wiem dlaczego, ale jesteś sfrustrowany i zgorzkniały. Jezu, popatrz na siebie! – wycedziła – Cholerny idiota, któremu wydaje się, że może pomiatać każdym, komu na nim chociaż przez chwilę zależało. – Zrobiła trzy kroki do przodu i znalazła się na samiutkim brzegu pomostu – Nic dziwnego, że twój ojciec tak cię nienawidzi.
Kiedy z nadzwyczajną lekkością wskoczyła do wody, Skandar Larssen, wbijający paznokcie prawej dłoni w nadgarstek lewej tak mocno, że zaraz poczuł otrzeźwiający chłód krwi na palcach, został zupełnie sam.

- Coco? – Chloe oparła się na przedramieniu o drzwi łazienki, które przed chwilą pobladła nagle Coco zatrzasnęła jej przed nosem. Odkąd Kenzo bardziej niż nimi interesował się tą farbowaną Włoszką z krzywymi cyckami, spędzały ze sobą chyba więcej czasu niż w którekolwiek wakacje. Malowały sobie paznokcie i czesały włosy, czytały artykuły z kupionego jeszcze na lotnisku Elle i zasypiały w jednym łóżku, już po wspólnym wypiciu butelki zamówionego wcześniej do pokoju szampana. Spędzały upojne godziny na słońcu, popijając owocowe drinki z wysokich plastikowych szklanek o fikuśnych kształtach, zawiązywały i rozwiązywały sobie sznureczki od dopasowanych bikini i wspólnie wybierały godnych uwagi facetów, z którymi potem flirtowały, lub z których stroiły sobie żarty w jakiś wyrafinowany sposób (na przykład zamawiając do ich pokoi homara za pięćset kun). Chodziły we dwie do klubów, na kolacje w dobrych restauracjach nad brzegiem morza, wydawały pieniądze ojca w lokalnych sklepikach z tymi mniej i bardziej gustownymi pamiątkami. Chociaż Coco wydawała jej się trochę nieobecna, dla Chloe wciąż mijający tydzień pozostawał chyba najlepszym z wakacyjnych wspomnień. – Coco, żyjesz?
- Tak, uh, zaraz wyjdę. – głos siostry dobiegający zza drzwi stłumiły niskie, duszne dźwięki muzyki wydobywającej się z głośników umieszczonych za plecami Chloe. Klub, w którym postanowiły spędzić ów wieczór tętnił życiem. Nowocześnie urządzone wnętrze i taras, na który mogli wyjść znudzeni panującą w środku duchotą i złaknieni widoku morza goście zdecydowanie sprzyjały dobrej zabawie. I zalaniu się w trupa.
To Chloe zawsze była tą ze słabszą głową; także i teraz, po zaledwie trzech drinkach chwiała się lekko na swoich, obitych atłasem w kolorze brudnego różu obcasach, ale Coco potrzebowała zupełnie sporej ilości czystej, żeby w ogóle cokolwiek poczuć. Tymczasem już po trzech kieliszkach Martini wylądowała z głową nad kiblem. Może jej zaszkodził, może to przez słońce, albo może…
Z zamyślenia wyrwał Chloe głęboki głos wysokiego, szczupłego chłopaka w gładkiej, stalowej koszuli opierającego się o ścianę vis a vis niej i mówiącego coś po chorwacku.
- Przepraszam – nie mogąc ukryć francuskiego akcentu zaczęła po angielsku – Ja nie bardzo mówię, ee, po chorwacku?
- Ach, tak! Ale masz za to prześliczny akcent – odpowiedział jej rewelacyjnym francuskim, w szerokim uśmiechu ukazując rząd równiutkich, białych jak mleko zębów, miło kontrastujących z widocznym nawet w przytłumionym klubowym świetle oliwkowym odcieniem jego skóry. – Nazywam się Salvatore – dorzucił, ze swobodą wyciągając w jej stronę dłoń – I naprawdę miło mi cię poznać.
- Chlo-Chloe – mruknęła, zbyt zaskoczona całą tą sytuacją by włączać odziedziczoną po matce umiejętność flirtowania z każdym facetem powyżej dwunastego i pięćdziesiątego roku życia (starsi kojarzyli jej się z własnym ojcem, a to nie były dobre skojarzenia) – Chloe Laffert. Skąd tak dobrze znasz francuski, Salvatore?
- Mój ojczym jest Francuzem. Był tutaj na misji w czasie wojny. Poznał moją matkę. Wojna się skończyła, a on został – Chloe od razu polubiła ciepły błysk w uważnych, ciemnych oczach Salvatore – A ty, co tu robisz, Chloe Laffert?
- Ja, no wiesz – z dobranej pod kolor butów kopertówki w kolorze brudnego różu wydobyła paczkę Marlboro, z której to wyjęła jednego papierosa i nachyliła się w stronę Salvatore, czekając, aż go jej podpali. Zaraz mogła spokojnie zaciągnąć się ostrym dymem – Jestem na wakacjach z rodzeństwem. Starszym. Na szczęście nikogo nie niańczę – mówiąc, starała się nie zwracać uwagi na nagle wykwitające w jej głowie wrażenie, że opinająca jej ciało czarna sukienka bez ramiączek jest stanowczo za krótka, obcasy zdecydowanie za wysokie, a jej śmiech, zazwyczaj płynny i lekko zachrypnięty, potwornie piskliwy i rozedrgany – Co też nie oznacza, że mam trzynaście lat i ktoś musi opiekować się mną.
- Nigdy w życiu nie pomyślałbym, że masz trzynaście lat, Chloe Laffert – Salvatore odepchnął się dłońmi od ściany i zrobił krok w kierunku Chloe – I dlatego też zastanawiam się, czy dasz zaprosić się na drinka.
- Ja? Tak, pewnie – wzruszyła ramionami, siląc się na obojętność. Najchętniej z miejsca wskoczyłaby mu w ramiona.
Kiedy pół godziny później wylądowała na Salvatorze, wciśniętym w róg kanapy ustawionej w kącie spektakularnie zawieszonego na skalnej półce tarasu, nie pamiętała o swojej zemdlonej siostrze, którą pół godziny wcześniej zostawiła w łazience. Salvatore, jak się okazało, miał dziewiętnaście lat, podwójne obywatelstwo chorwacko-francuskie, kochającego ojczyma, zasobny portfel i wyjątkowo zwinne dłonie. Oznaczało to tyle, że na ową chwilę Chloe nie mogła wyobrazić sobie lepszego towarzystwa.
Ich upojne tete-a-tete (jego lewa ręka pod jej sukienką, jej usta na wysokości jego szyi, wódka zamiast krwi gotująca się w żyłach, gwiazdy nad głowami) przerwał wysoki głos najwyraźniej nieźle zdenerwowanej Coco i jej, na całe szczęście mocno opiłowane paznokcie, wbijające się w nagie ramie młodszej siostry.
- Chloe, kurwa mać, Laffert! – warknęła, zrywając siostrę z kolan Salvatore. Pachniała papierosami, desperacją i wypitą w pośpiechu tequilą – Idziemy do domu!
- A ty jesteś, cholera, kim? – lekko zamroczony Salvatore zmrużył nieprzytomne oczy.
- Jej siostrą! Jestem jej siostrą. A ona jest moja.

- Myślę, że powinien podpisać te papiery – Oksana Strelnikov miała na sobie elegancką szarą, plisowaną spódnicę i lekką czarną bluzkę na guziki. Cienki czerwony sweterek przewiesiła przez oparcie krzesła. Z jedną szczupłą nogą założoną na drugą, ledwie widoczną złotą biżuterią i perfekcyjnie ułożonymi włosami z delikatnym balejażem sprawiała wrażenie pełnej profesjonalistki, fantastycznej specjalistki, która do pracy podchodzi bez odrobiny stresu, a oświadczenia o zdrowiu psychicznym lub też jakiejś ciężkiej chorobie wystawia swoim pacjentom z lekkością baletnicy. „Nawet nie wiesz jak ona się tym stresuje, Graeme” – mówiła Sonia kilka wieczorów wcześniej, kiedy, opierając głowę na jego ramieniu wpatrywała się w niebo i opowiadała mu historię swojej rodziny –„ Czasami już sama nie wiem co robić, czasami moja matka nie jest człowiekiem”.-–Jest chory, ale nie na tyle, żeby nie rozumieć pojęcia ‘dożywocie’.
- Tak, Oksana, masz absolutną rację – Graeme złożył sztućce i wytarł kącik ust serwetką – To jest twoje zadanie. To znaczy, żeby zgodził się zeznawać po raz drugi. Ja nie mogę zrobić nic więcej niż rozmawiać z oskarżeniem. Zresztą nie wiem, czy chcemy go wybronić. - Siedzieli na przy elegancko nakrytym stoliku w hotelowej restauracji, z której rozpościerał się widok na spowite mrokiem morze. Maleńka latarnia morska wybudowana na skale kilka kilometrów od nich co jakiś czas wysyłała w mrok srebrne błyski światła. Kiedy przyglądał się Oksanie – widział Sonię. Te same oczy o migdałowym kształcie, tylko okolone linią zmarszczek. Te same, ostro zaznaczone kości policzkowe i krągłe ramiona. Zastanawiał się, czy gdyby w jakiś magiczny sposób poznał Oksanę, teraz już pięćdziesięcioletnią, trzydzieści lat wcześniej, różniłaby się czymkolwiek od Sonii i czy gdyby dane mu było spotkać pięćdziesięcioletnią Sonię, rozpoznałby w niej matkę. Mówiły nawet w ten sam sposób, z delikatnym akcentem, wyraźnym ‘r’, głębokim śmiechem. Jedynym, czego nie zauważał w Oksanie był błysk oczu Sonii. Coś tak radosnego i nieuchwytnego zarazem, jakieś niemożliwe do nazwania światło sprawiające, że
Oksana była po prostu jego zawodową partnerką, starszą o dwadzieścia jeden lat mentorką, a Sonia… no cóż, zupełnie nie mógł oderwać od niej wzroku.
- Poprosimy o rachunek – Oksana machnęła dłonią w kierunku wbitego z czarny garnitur kelnera i dopiła herbatę. Na kolacji spędzili dwie godziny, więc wybiła dwudziesta druga. O dwudziestej drugiej piętnaście był umówiony z Sonią nad brzegiem basenu. Jego plan zaczynał nawalać, ale Graeme jak zawsze robił dobrą minę do złej gry do ostatniej chwili. Na złotym łańcuszku na szyi Oksany zawieszony był drobny wisiorek z cyrkoniami. Z przerażeniem przypomniał sobie, jak poprzedniego wieczora, całując szyję Sonii natrafił rozpalonymi ustami na dokładnie taki sam.- Czyli, powiedz mi, Graeme, nie zmienił się twój pogląd na taktykę, którą chcemy przyjąć, tak?
- Nie, absolutnie się nie zmienił – Graeme pokiwał głową. Był zmęczony, bolały go ramiona i kostki, czuł nieprzyjemny ucisk w skroniach, co jednak nie przeszkadzało mu w żaden sposób w wyobrażaniu sobie Soni, jej delikatnych sukienek, miękkiej skóry i wilgotnych ust. Westchnął – Trzeba przekonać Milko, żeby oddał swój los w nasze ręce. Walczymy o trzydzieści lat i dożywotni nadzór psychiatry, żadnego dożywocia.
- Idealnie – Oksana uśmiechnęła się triumfalnie, a potem zaśmiała pod nosem – Więc to oznacza, że w końcu mogę się wyspać.
Chciał odpowiedzieć jej żartem, ale przeszkodził mu dzwonek komórki. Przeprosił swoją towarzyszkę, odbierając.
- Cześć, kochanie – Luelle brzmiała radośnie i świeżo. Jak zawsze, kiedy do niego dzwoniła. Na początku ich związku jej głos kojarzył jej się z harfą i świątecznymi dzwoneczkami. Dziś słyszał tylko nadgorliwą histeryczkę żyjącą w bajce – Nie przeszkadzam ci?
- Luelle, cześć – nie miał się nawet jak kamuflować, Oksana znała francuski – W zasadzie właśnie kończę spotkanie.
- O tej porze? Miałam nadzieję na jakieś małe – jej śmiech wbijał mu się w uszy – nieprzyzwoitości.
- Zadzwonię do ciebie później, dobrze? – czerwona słuchaweczka narysowana na klawiszu po lewej kusiła go niczym kolorowe świąteczne cukierki – Naprawdę nie bardzo mogę teraz rozmawiać.
- No dobrze – jej zapał odrobinę ostygł, ale wciąż brzmiała jakby rozmowa z nim zastępowała jej nawet seks – Ale ciągle mnie kochasz i bardzo tęsknisz, prawda?
Oksana podpisywała rachunek, taktownie spoglądając na paragon. Westchnął; to nie było specjalnie normalne, że wolał rozmawiać z nią niż z własną narzeczoną. Odwrócił głowę w stronę basenu i nagle poczuł, jak zjedzone przed chwilą tiramisu podchodzi mu do gardła. Tyłem do niego na rozłożonym między skałami leżaku, kilka między brzegiem basenu a brzegiem morza siedziała Sonia. Włosy związała nisko nad karkiem, ramiona okrywał jej leciutki biały sweter.
- Oczywiście.
Wiedział, że stracił kontrolę i że prawdopodobnie długo jej nie odzyska.

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

9. małe księżniczki i wielkie miłostki.

niedziela, 4.października.2009, 23:01
Swieżusie i jeszcze cieplusie, chociaż szczerze mówiąc czuję jakbym to wyrzygała, a nie upiekła, tak w dziedzinie lekkich metafor.
Przepraszam, mam straszne braki w czytaniu Was i mega tęsknię za tym, ale naprawdę się zabieram (właśnie drukuję słidenłonderków i hardmajndków, będzie na dobranoc) i ponadrabiam wszystko. TYLE się u mnie dzieje, trzymajcie kciuki generalnie.
I Sandrze za szablon wielkie szalom.
...

Byli piękni. Byli przepiękni. Uśmiechali się tak szeroko i pchali go sobie nawzajem w pachnące drogimi kosmetykami ramiona. Byli tacy kochani.
I mieli dobrą, naprawdę zajebiście dobrą trawę.
Skandar Larssen dawno się tak nie upalił. Siedział na krawężniku kilka metrów od domu i zastanawiał się, czy uda mu się dotrzeć przynajmniej na próg nie rzygając znowu, jak przed chwilą, co dwa kroki. Od kilku dni znikał z domu po obiedzie. Nie chciał widzieć ani swojego ojca, ani tej przeklętej, cholernej Malin, ani też jej biednej, tak uroczo w tym wszystkim niewinnej i niezorientowanej matki. Oh, wszyscy byli tacy niewinni.
Giambattista, Miuccia i ich mały dandysek, Oscar, byli może nieco zbyt zblazowani i znudzeni nawet jak na niego, ale zawsze stanowili jakąś rekompensatę za brak innych fascynujących doznań podczas wakacji. Przynajmniej mógł porozmawiać z kimś o Fellinim, wypić trochę dobrego wina (i nacieszyć się nieco także innymi używkami), a potem pocałować ładną dziewczynę nie ryzykując spędzenia następnego dnia pod znakiem wielkiej rodzinnej awantury.
A więc i tego wieczora, po samotnym spacerze skalistym brzegiem morza (podczas którego, potykając się, prawie złamał sobie nogę, teraz i tak już pokrytą cieniutkimi piekącymi rankami na jednej ze zdradliwych skał) udał się do domu Oscara, gdzie, przed jego dziadkami zachowując pozory kulturalnej, intelektualnie zażartej młodzieży, wypalili każde po dwa grubiutkie skręty.
Odepchnął się od krawężnika i wstał. Drżenie kolan odbijało się echem w jego umyśle, kilka godzin wcześniej prosta droga wiodła teraz pod górę. Albo może w dół. Zamrugał gwałtownie.
Zwymiotował potem jeszcze tylko raz, jakąś resztką pizzy, którą zjadł podczas prowadzonej z Giambattistą dyskusji (o katastrofie Greka Zorby, Maryi, finansach firmy Panasonic i dziewczynach w glanach) dramatycznie zabarwioną przez wypite wcześniej wino. Przerwę w tej męczenniczej wędrówce zrobił sobie dopiero przy płocie ogradzającym dom jego ojca. W salonie świeciło się jeszcze górne światło – wiecznie żywa energooszczędna żaróweczka okryta fikuśnym, jajowatym żyrandolem ze szkła, które wyglądało jak papier ( a może z papieru wyglądającego jak szkło). Jak przypuszczał, to mała Malin musiała być przyczyną tejże, psującej jego chytry plan sekretnego wślizgnięcia się do domu, sytuacji. Mała Malin w ogóle stanowiła przyczynę większości kłopotliwych sytuacji w jakich miał okazję się ostatnio znajdować. Stał się rodzinnym wrogiem publicznym; przed snem sprawdzał, czy jego ojciec nie umieścił w jego materacu ustawionego na sztorc noża na rekiny będącego w owym wypadku nożem na marnotrawnego syna, unikał wspólnych posiłków, a najlepiej w ogóle przemykał niepostrzeżenie pod pomalowanymi na pastelowe kolory ścianami; czuł się jak ścigany więzień, we własnym domu! Kiedy zakradał się o świcie do lodówki w poszukiwaniu mleka czekoladowego (które już dwa razy to właśnie Malin perfidnie mu wypiła; aż dziw, że nie bała się HIV albo syfilisu, chociaż Skandar nie miał pojęcia czy akurat syfilisem można zarazić się przez odrobinkę śliny pozostałej pod niebieską zakrętką butelki odtłuszczonego Choco Choco) rozglądał się w popłochu za stadem psów gończych, patrzył pod nogi w poszukiwaniu zębatych wnyków, przy otwieraniu szafek sprawdzał, czy nie porazi go prąd. Oczywiście, że przesadzał; jego paranoja była komiczna i chora, jak powiedziała poprzedniego wieczoru Miuccia, ale, dodał zaraz Oscar, jak cholernie poetyczna.
Najrozsądniej pewnie uczyniłby gdyby został na noc w domu Harvey’ów, chociaż wtedy ryzykowałby obudzenie się bez bielizny, z całą tą piękną, nagą trójką w okolicy krocza. Ale teraz, chociaż rozważał powrót w sidła nowych znajomych, do ich domu było już za daleko. Musiałby przemierzyć kilkadziesiąt długich metrów, pewnie po drodze tracąc życie z rąk własnego strachu, wyrzutów sumienia, kaca, czy też może jednak gasnącego stanu upojenia ustępującemu gładko moralniakowi.
Wszedł tylnym wejściem i trzasnął drzwiami, chociaż bardzo starał się tego nie robić. Na podeszwach trampek wniósł jakieś kamyczki, listek bluszczu i trochę piasku, chociaż pojęcia nie miał bladego skąd ten piasek na oddalonej od piaszczystych (a i tak w większości przy swej piaszczystości sztucznych) chorwackich plaż o jakieś sto kilometrów asfaltowej drodze, którą przed chwilą wędrował. I którą systematycznie zarzygiwał.
Z każdym krokiem robiło mu się coraz chłodniej i o ile przy progu myślał, że to normalne wahania temperatury związane z oczyszczaniem się organizmu, to przy framudze salonowych drzwi nabrał pewności, że umiera.
Kiedy upadał, łapiąc się wysokiego stołka (na którym kot jego ojca, Jarmusch regularnie ostrzył sobie pazury zanim nie został otruty trutką na szczury przez Riko, ich podłego sąsiada z czysto nazistowskimi zapędami) wbił sobie w kciuk dwie maleńkie drzazgi. Posadzka była zimna, twarzą spoczął na jasnych podłogowych panelach, tyłkiem lokując się na kuchennych płytkach w ceglanym kolorze.
Najgorzej, że miedziana listwa oddzielająca podłogę kuchenną, a salonową boleśnie wbijała mu się w biodro.
Ale Skandar Larssen nie miał już siły wstać.

- Skandar, na miłość boską! – zanim wszedł, Malin siedziała na kanapie zakopana pod błękitnym kocem w kratkę i przerzucała jakąś chorwacką gazetę jak za cudownych czasów dzieciństwa odgadując treść artykułów po zamieszczonych pod lub nad nimi zdjęciach. Telewizor szemrał monotonnie, kilka świeczek paliło się na środku kuchennego stołu. Jej matka i ojciec Skandara spali ( a przynajmniej miała nadzieję, że śpią, rączki trzymając na kołderce). Z wysokiej szklanki z grubego szkła popijała wyciśnięty do kolacji pomarańczowy sok. Bez Skandara w domu było cicho i spokojnie, mogła nawet na moment zapomnieć, że nadal znajduje się w tym miejscu tylko i wyłącznie przez jego niespecjalnie wyrachowany szantaż.
A teraz, zdarłszy sobie z kolan okrągłe jak rumieńce dzieci z ilustracji wypełniających Wielką Księgę Bajek, którą dostała na gwiazdkę w pierwszej klasie płaty naskórka starała się podtrzymać jakoś tego naćpanego gnojka, który, nieprzytomnie wywróciwszy oczami dosłownie przelewał jej się przez ręce.
Kiedy miała dziesięć lat, poznała na zajęciach z plastyki pewnego chłopca. Nazywał się Yvan i był od niej o osiem dni młodszy. Miał bardzo jasną skórę i bardzo jasne, bardzo miękkie włosy. Kiedy się rumienił przypominał jej polewane truskawkowym lukrem mleczne babeczki, które jej babcia zawsze trzymała w zielonej metalowej puszce na fortepianie, na którym nikt z jej rodziny nie potrafił grać. Któregoś dnia poszli z Yvanem do parku. Jego matka siedziała na ławce namiętnie wycinając kolejne zdjęcia z miesięcznika poświęconego haftowaniu. Przez dłuższą chwilę bawili się z innymi dziećmi w berka albo w chowanego. Ale potem Yvan z tego czy innego, w każdym razie nieznanego jej kompletnie powodu popchnął jednego chłopca (grubego aroganckiego okularnika w za ciasnych spodenkach w kratkę) na niewysoki czerwony płotek (za którym, bestialsko powbijane w bogu ducha winny trawnik mnożyły się w niewinnych zielonych oczkach Malin tabliczki „Szanuj zieleń!” i „Zakaz gry w piłkę”). Grubas odepchnął się od płotku, wstał i plując krwią złapał się za głowę, krzycząc, że wszystkich ich pozabija. Po chwili, zbyt chyba przerażony własnym bólem, z którego istnienia dopiero musiał zdać sobie oraz zmieszaną ze śliną krwią spływającą na jego spraną koszulkę zaniósł się płaczem. Malin, zgodnie z wychowawczymi myślami przekazywanymi jej od dawna przez zatroskaną matkę chciała powiedzieć opiekunce grubasa prawdę. Ale nie była w stanie wskazać Yvana palcem, chociaż ten, z dumą wlepioną w szelmowski uśmieszek aż prosił się o zasłużoną karę. W efekcie okazało się, że gruby chłopiec (któremu nikt, oprócz jego wyfiokowanej matki w zarzuty stawiane Yvanowi, a więc i samej Malin nie uwierzył) stracił tylko dwa mleczne zęby i w końcu wszyscy w spokoju rozeszli się do domów, ale biedna Malin ciągle stała na środku kolorowego placyku zabaw, z sukienką ubrudzoną ziemią i pierwszymi prawdziwymi wyrzutami sumienia.
I teraz właśnie, chociaż Skandar, jego jasny brzuch odsłonięty przez podwiniętą kraciastą koszulę, ciemne, roztrzepane włosy, pijacko rozchylone usta i zwiotczałe nagle dłonie nie przypominały w niczym Yvana w świeżo wykrochmalonej koszuli, Malin znowu poczuła się jak wtedy, jakby stała na środku placu zabaw z tabliczkami mającymi chronić zieleń dramatycznie piętrzącymi się dokoła. Rozdarta między tym, co chciała, a tym co powinna zrobić próbowała podnieść Skandara do pionu.
Malin nigdy nie obcowała z nietrzeźwymi osobnikami. Oczywiście, parę razy na imprezach zwlekała z podłóg jakieś zmęczone przyjaciółki, których błyszczące sukienki podwijały się przy tym niebezpiecznie wysoko a lakierowane kopertówki nagle same gubiły, widziała kilku zarzyganych chłopców, którzy, mimo dwukolorowych Wayfarerów i Conversów z limitowanych edycji nie wyglądali już tak atrakcyjnie jak kilka godzin wcześniej a nawet, o dziwo, parę razy wsiadała do niewłaściwej taksówki, potykając się co krok w niewygodnych obcasach pożyczonych od kuzynki, by potem wypić przygotowaną jej przez matkę gorzką herbatę i paść, budząc się z kacem. Ale żeby się teraz opanować musiałaby mieć chyba miliard lat doświadczeń. Trzysta miliardów lat.
Podpierając Skandara, gdy próbował wspiąć się na schody (spadając z nich trzy razy) pomyślała, że jest jak ten mitologiczny frajer od kamienia.
- Skandar, jestem Syzyfem! Jestem jebanym Syzyfem.
I znowu, kiedy wpychała Skandara do łóżka, niosła mu herbatę i żółciutką plastikową miskę na wypadek, gdyby jeszcze jego żołądek nie był tak opróżniony jak wydawało jej się, że jest pomyślała, że Ci wszyscy psychologowie z którymi miała w swym krótkim życiu do czynienia może rzeczywiście mają trochę racji. Bo gdyby była normalna prawdopodobnie już budziłaby Angusa Larssena, prowadziła do sypialni jego syna i zamykała za sobą drzwi własnego pokoju, jednocześnie odcinając się od tego uroczego, nietrzeźwego problemu.
Ale Malin naprawdę nie była normalna i dlatego właśnie podtrzymywała ten głupi, rozczochrany łeb, próbując wlać w Skandarowe usta choć łyk miętowej herbaty.

Graeme miał zimne i mokre wargi. Było jej okropnie gorąco i z każdą chwilą robiło jej się także coraz bardziej słabo. Składała się głównie z drżących kolan, włosów przyklejonych do policzków i czoła, krwi, która, jak jej się wydawało, krążyła w jej żyłach z prędkością światła. Granatowa sukienka w paski, na biuście zebrana zgrabnie ładnym, prostym szyciem podwinęła jej się do połowy uda.
Sonia nie była pewna która jest godzina. Z hotelowego pokoju wyszła po dwudziestej pierwszej. Do centrum dotarli taksówką, Graeme pokrył rachunek. Jedli dziwne w smaku, potwornie słodkie pomarańczowe ciastka i pili piwo prosto z butelek z zielonego szkła. Przemykając się u stóp murów obronnych Dubrownika dotarli do ukrytej pomiędzy dwiema, obrośniętymi winoroślami kamienicami ławeczki. Fale lizały gładkie kamienie, jakby rzędem ułożone u ich stóp.
Cały czas walczyła z wrażeniem, że znalazła się na planie najbardziej kiczowatej produkcji filmowej wszechczasów. I z uczuciem, że całkiem jej się to podoba.
Po drugiej stronie zatoki, przed ich przymykanymi zmęczeniem oczami błyskały flesze aparatów, którymi wymachiwali rozochoceni turyści.
Najpierw głównie milczeli, potem rozmawiali, znowu milczeli, a w końcu nagle zaczęli się całować i kiedy Graeme rozwiązał sznureczki jej góry od bikini a ona zsunęła mu z ramion cienki śliwkowy kardigan naprawdę nie mogli już przestać.
Kocie łby, którymi wyłożone były wszystkie te uliczki, cały układ krwionośny tego miasta, pełnego wypełzających z najmniej oczekiwanych miejsc winorośli, uginających się pod ciężarem kolorowego prania sznurków na bieliznę i bogato zdobionych drzwi nagle zdradzających przechodniom, że prowadzą donikąd, był tak wygrzany słońcem, że Sonia zdjęła sandały i trzymając je w lewej dłoni biegła przed Graeme’m na bosaka. Musiało być po dwunastej kiedy wpadli do taksówki (jej ręce, jego ręce, jej biodra, jego żebra, jej szyja, jego usta, zaskoczony ale najwyraźniej podekscytowany kierowca).
Zezowaty recepcjonista oblizał się łapczywie i pewnie zwymiotowałaby mu na mało gustowne, białe półbuty ze sztucznej, zapewne potwornie sztywnej skóry, gdyby nie to, że Graeme już ciągnął ją ku windzie.
Mieszkał na czwartym piętrze, ona na siódmym. Mogli wejść do windy, wysiąść na trzecim, wpaść do jego apartamentu (po wcześniejszej walce z kluczem i potwornie, jak na czterogwiazdkowy hotel, zacinającym się zamkiem), zedrzeć z siebie ubrania, wpaść do łóżka i ( o ile wcześniej nie umarłaby ze stresu/podniecenia) uprawiać seks do świtu. I pewnie zrobiliby to, gdyby nie jej cholerne poczucie odpowiedzialności.
- Graeme – oparła się tyłkiem o listwę z przyciskami i wcisnęła biodrem kolejno przyciski z cyframi: ‘2’, ‘3’, ‘5’, ‘7’, ‘9’ oraz ten, znajdujący się na samym dole z zieloniutkim napisem ‘wentylacja’. – Moi rodzice pewnie się niepokoją.
- Jezu Chryste – westchnął, nie wyjmując dłoni spod jej sukienki – Jesteś już dorosła, nie?
- Tak – wzruszyła odkrytymi ramionami; włączony wentylator psuł atmosferę swym średnio romantycznym rzężeniem rozlegającym się tuż nad ich głowami – Tak jakby.
- Więc? – był chyba najbardziej rozpraszającą z żyjących na ziemi istot. Przygryziona warga zbielała mu delikatnie.
- Więc jako dorosły, odpowiedzialny człowiek naprawdę muszę wracać. Przecież zobaczymy się jutro, tak? – winda dotarła na siódme piętro i metalowe drzwi, w których Malin przeglądała się często jak w lusterku rozsunęły się na dźwięk cichego, elektrycznego ‘dyńg’.
- Tak – mruknął Graeme, przyciskając ją jednak do siebie jeszcze mocniej niż czynił to przed chwilą. Od jakichś dwóch godzin stanowili wzorową parę (a przynajmniej Sonia uważała, że są wręcz idealni). Nie mogli przestać ze sobą rozmawiać, chociaż i tak robili to tylko w przerwach między jedną sesją całowania, a drugą. Poza tym prawdopodobnie właśnie się w nim zakochiwała, a on chyba naprawdę był tak zwaną dobrą, przyzwoitą partią z wyższym wykształceniem, trudną, ale fascynującą osobowością i wciąż się wydłużającą listą życiowych sukcesów. – Więc do zobaczenia.
A przynajmniej tak jej się wydawało.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

8. najsilniejszy mięsień ciała; serce.

niedziela, 23.sierpnia.2009, 22:22
jedno słowo; o jezu.
nie, to dwa. w każdym razie nie podoba mi się ta część. i znowu szukam kogoś, kto mi strzeli szablonik, no więc. i w ogole. uh.


Coco wsunęła ozdobiony idealnie podrobionym podpisem ojca rachunek między okładki oprawionego w sztuczną brązową skórę etui podanego jej przez kelnera ubranego w szorty khaki i błękitny podkoszulek polo. Mężczyzna podziękował i postawił na oplatanym wikliną stoliku stojącym pomiędzy leżakiem zajmowanym przez nią, a tym, na którym siedziała Sonia trzy kolorowe drinki – jakąś wariację na temat Malibu dla Chloe, truskawkową Margaritę dla Sonii i Mojito dla niej samej.
- Wspaniale – rzekła do kelnera, zastanawiając się czy powodem, dla którego na jego opalonej twarzy rozciągał się ogromny uśmiech jest dziesięć kun napiwku czy raczej widok trzech, rozłożonych przed nim nastolatek w bikini. – Dziękujemy panu.
Chloe uniosła się na łokciach i sięgnęła po swój napój. Zgasiła papierosa w popielniczce z grubego szkła i upiła łyk, wpatrując się w morze. Miało nierealnie turkusowy kolor, płachtę wody marszczyły drobne, śnieżnobiałe falki. Zapach soli mieszał się w powietrzu z duszącą wonią pieniędzy, dobrych, drogich kosmetyków do opalania, drinków i nudy.
- Chryste – Coco postukała zapalniczką w blat stolika i przełożyła nogi przez leżak siadając na jego krawędzi z łokciami opartymi na kościstych kolanach – czy was też to słońce rozleniwia AŻ TAK BARDZO jak mnie?
- Chyba tak, niestety – odparła Sonia, odkładając na bok jakąś, pisaną tymi śmiesznymi rosyjskimi literkami książkę, której lektura pochłaniała ją do tej pory. – Ale niespecjalnie mnie to przeszkadza. Do wyrzutów sumienia z powodu robienia niczego przyzwyczaiłam się już w zeszłym tygodniu.
Sonia miała słodki, rosyjski akcent, którego obydwie siostry Laffert potwornie jej zazdrościły. Czasami, tak jak i teraz, rozmawiając z nimi po angielsku robiła urocze błędy, na przykład zmieniając szyk w zdaniach albo zbytnio przeciągając niektóre samogłoski, ale chociaż ją samą cholernie to peszyło, one uważały, że tylko dodaje jej to uroku. Kiedy ich rosyjska przyjaciółka znikała z pola widzenia zdarzało im się komentować, że czasami, w swoich sukienkach rodem z lat pięćdziesiątych, z ustami pomalowanymi na graniczący z wulgarnym kolor purpury wygląda jak młody szpieg KGB – taki, o których czytały w jednej czy dwóch dziwnych książkach.
Sonia przy tym, co zresztą świetnie było po niej widać, zupełnie jak Coco i Chloe była przyzwyczajona do obracania się w ‘lepszym’ towarzystwie, umiała złożyć serwetkę, wybrać strój wieczorowy, splatać nogi w kostkach i elegancko schodzić po schodach. Poza tym, na całe szczęście, wypolerowane na błysk otoczenie marmurów i starych, zachowanych tak dobrze jak muzealne okazy ludzi obwieszających się sznurami pereł i wypachnionych słodkimi perfumami mającymi zabić odór zużycia nie zabiło w niej młodzieńczej nieprzewidywalności (musiała mieć bardzo fajnych rodziców, mówiły potem do siebie) i wesołości. Od razu to wyczuły, więc teraz podczas plażowych sesji były niemal nierozłączne.
Coco upiła łyk drinka i przeniosła wzrok z morza na ląd. Hotelową plażę stanowiła zalana wygładzonym betonem płaszczyzna ostrych skał. Naokoło dwóch basenów znajdujących się zaledwie pięć metrów od brzegu morza oraz dalej, na kilku specjalnie do tego przygotowanych skalnych półkach ustawione były rzędy leżaków, zajmowanych głównie przez niemieckich turystów w średnim wieku, brytyjskie rodziny z kilkuletnimi dziećmi oraz nielicznych, najczęściej samotnych i zapewne obecnych tu z powodów biznesowych przedstawicieli innych krajów. Siostry Laffert i ich nowa znajoma zajęły trzy, najbardziej odległe od basenów, a co za tym idzie, zbiorowiska tych mniej i bardziej apetycznych ciał, ustawione przodem do morza leżaki zasłonięte częściowo poprzez celowo wyłaniającą się z betonowej płaszczyzny skałę. Coco widziała ludzi schodzących do wody po metalowych drabinkach wmontowanych w skały, starsze małżeństwo pogrążone w drzemce, nienaturalnie mocno opaloną Niemkę mniej więcej w wieku jej ojca, ubraną jedynie w biały dół od bikini, ciągłe głośno konwersującą z kimś przez telefon i popijającą trzeciego owocowego drinka w ciągu pół godziny. Pomiędzy nimi, zbierając coraz to nowe zamówienia krzątał się dobrze jej już znany kelner. Wszystko to nie zmieniało się od kilku dni – codziennie rano ci sami ludzie pojawiali się na tych samych leżakach. Czasami ktoś wyjeżdżał, a na jego miejscu pojawiał się ktoś nowy, ale zawsze byli to więźniowie tego samego, związanego z bogactwem i zblazowaniem europejskiego lub amerykańskiego stylu.
Już miała westchnąć teatralnie i zatopić się w smutnych myślach z dziedziny tych, że nikt interesujący nigdy się tu nie pojawia, wszyscy są tacy sami i że także ją czeka kiedyś zamiana w jedną z tych zblazowanych kobiet bez wstydu opalających się topless, kiedy jej wzrok padł na cztery, zajmujące właśnie swe miejsca na leżakach kilka metrów od niej, postaci.
Zemdliło ją gwałtownie, ale nie odwróciła wzroku.

Miuccia oparła się o jasne ramię Skandara i rozpięła swoje krótkie, postrzępione dżinsowe szorty. Dziś grała rozpaloną dziewczynę z teledysków lat siedemdziesiątych, tych w lepszym guście oczywiście. Ściągnęła przez głowę mandarynkowy top na ramiączkach i przejrzała się w szkłach swoich okularów awiatorów. Górną powiekę pociągnęła jasnym cieniem do powiek, włosy zaczesała do tyłu, swoje, wyjątkowo długie rzęsy pomalowała pogrubiającym tuszem. Krótko obcięte, tego dnia turkusowe paznokcie, melonowy błyszczyk i sandałki na kolorowych paskach dopełniały jej wizerunku. Balansowała na granicy dobrego smaku i wyszukanego kiczu. Dobrze się z tym czuła.
- Dzięki, Candie – uśmiechnęła się do podtrzymującego ją Skandara i opadła na leżak. W dużej, słomkowej torbie na bambusowym uchu miała zapas rzeczy niezbędnych do przetrwania upalnego dnia na plaży – książkę, dwa, dopiero raz przez nią przejrzane egzemplarze VOGUE’a, iPoda, trzy różne kremy z filtrem, utrwalający opaleniznę balsam z mleczkiem kokosowym, drugi kostium, kapelusz z szerokim rondem, butelkę wody, paczkę papierosów, małą kosmetyczkę z kosmetykami niezbędnymi do poprawiania lekkiego makijażu, szczotkę do włosów i pilnik do paznokci.
Z papierowej torebki w motylki wyjęła okrągłego cukierka w pudrowym kolorze, którego nazwa – ŁAMISZCZĘK – od razu przykuła jej uwagę tego ranka, gdy robiła zakupy w sklepie ze słodyczami na starym mieście. Wsunęła cukierka do ust, celowo przedłużając ten moment i przytrzymując na sobie wzrok obserwującego ją od dłuższej chwili na oko pięćdziesięcioletniego faceta, widocznie bardzo już znudzonego wątpliwie przyjemnym towarzystwem żony.
- Miuccia, to było ohydne – Giambattista skrzywił się, zajmując leżak pomiędzy nią, a towarzyszącym im Oscarem i sięgnął po łamiszczęka.
- Co było ohydne? – uniosła brew, wydobywając z torby krem z filtrem.
- To co zrobiłaś z tym cukierkiem patrząc na tamtego dziada – uściślił Oscar, ściągając koszulkę. Wszyscy trzej patrzyli na nią z mieszaniną rozbawienia, irytacji i zaciekawienia na pięknych twarzach. Giambattista wychylił się do przodu, gotowy do zaatakowania jej w razie sprzeczki. Skandar patrzył na nią spode łba z nieodłącznym, lekko kpiącym i cholernie podniecającym uśmieszkiem. Oscar wyglądał jakby był po prostu ciekaw, czy rodzeństwo Marconi znowu się pokłóci, czy też jednak zacisną zęby i w końcu się zamknie. W tej chwili przypominali jej trochę te trzy przygłupie hieny z „Króla lwa”.
- Nic nie zrobiłam! – parsknęła, w obronnym geście unosząc w górę obydwie dłonie.
- Nie powinnaś zachowywać się tak wulgarnie. Mogłabyś go tym sprowokować do jakichś strasznych rzeczy, a jak nie jego, to…
– Battista, kochanie, siedzę tu w towarzystwie trzech pięknych młodych mężczyzn, od których bije aura siły i odwagi. Jestem pewna, że ani on ani żaden inny nie odważyłby się na jakiekolwiek zbereźne czyny, kiedy przebywam właśnie z wami– rzekła, tym samym zamykając bratu usta.
Mimo, że teoretycznie mieszkali w tym hotelu od przeszło tygodnia, do tej pory nie zawitali jeszcze na hotelowej plaży na dłużej niż na kilkanaście minut w czasie których mogliby się wykąpać w basenie (ani Miuccia, ani Giambattista nie przepadali za morzem, rybami, falami i obrzydliwą ich zdaniem słonością fal), osuszyć i wypić jednego czy dwa drinki. W ciągu ostatnich dni na ogół po prostu spali do południa, zjadali śniadanie przyniesione im do pokoju przez któregoś z uroczych kelnerów i wyruszali, by całe dnie spędzać w towarzystwie Oscara (i, od niedawna, Skandara) na mieście lub w okolicy domu jego dziadków. Teraz jednak postanowili, że wykorzystają dawane im przez płacenie trzystu sześćdziesięciu euro za noc możliwości – a więc również spędzenie całego dnia w towarzystwie innych klientów hotelu, upajając się błogim lenistwem.
Skandar dołączył ostatnio do ich niewielkiej grupy, chociaż, zdawałoby się, wcale do niej nie pasował. Był cichy i tajemniczy, nie mówił zbyt wiele, wszystkim przyglądał się przenikliwym, chłodnym spojrzeniem oczu, których kolor przywodził na myśl szron i mroźną zimę. Palił papierosa za papierosem odzywając się na ogół albo po to, żeby w inteligentny sposób dopiec któremuś z nich, włączyć się na chwilę w jakąś, prowadzoną przez nich zawzięcie dyskusję i zasypać ich masą tak wysublimowanych, mądrych i trudnych do wymówienia słów, że wszyscy troje nagle tracili wątek lub, w końcu, genialnie spointować jakąś sytuację. Był niezaprzeczalnie potwornie błyskotliwy (o czym często świadczyła jego złośliwość), mroczny i niepokojący – w dodatku tak przy tym naturalny, że dziwne byłoby, gdyby Miuccia, Giambattista i Oscar nie pokochali go od pierwszej chwili.
- Miuccia – Oscar zapalił kenta i ułożył się wygodniej na leżaku, otwartą na czterdziestej piątej stronie książkę, w romantyczny sposób opowiadającą o tragicznej miłości policjanta i oskarżonego o morderstwo młodego gwiazdora (czyli bardzo w stylu panicza Harvey’a) kładąc sobie na płaskim, chłopięco jeszcze, acz bardzo pociągająco umięśnionym brzuchu. – Ta mała harpia w brzydkim kostiumie strasznie się na ciebie gapi.
- Hę? – Miuccia spojrzała najpierw na Oscara, a potem w kierunku, w którym kazał jej się odwrócić. Kilka metrów dalej na takich samych, niebiesko białych leżakach jak ich, leżały trzy, na oko osiemnasto, dziewiętnastoletnie dziewczyny – A, aha.
Jedna, ta siedząca najbliżej nich, bardzo chuda i ładnie opalona, w błękitnym dwuczęściowym kostiumie, z ciemnymi włosami splecionymi w długi francuski warkocz energicznie paliła papierosa. Druga, zastanawiająco podobna do pierwszej, równie chuda (ale nieco bardziej kobieca) , ubrana w śliczne, granatowo białe bikini w marynarskie wzory przyglądała jej się uważnie przez ramię. Ostatnia, nieco zasłaniana przez dwie poprzednie, z mocnymi udami, szerokimi biodrami i rozdwojoną grzywką, która bynajmniej nie wyglądała jakby tego ranka na układaniu jej zjadł zęby cały sztab stylistów (chociaż mogła pochwalić się bardzo modnym, jednoczęściowym fioletowym kostiumem retro) wyglądała na najmniej wystylizowaną i, jednocześnie, najsympatyczniejszą.
Chociaż, Miuccia skrzywiła się mimowolnie, chyba dojrzała tuż nad jej kolanem cień cellulitu. Już nad kolanem!

Oddychał równo. Głęboko i szybko, ale równo. I spokojnie. Czuł chłód – nie zimno, rześki chłód ogarniający go delikatnie od stóp do głów. Zlepione kosmyki włosów odgarnięte do tyłu nie wpadały mu w oczy, pięści nie zaciskały się same, nie musiał zagryzać warg, by nie czuć bólu, po raz pierwszy od dawna głos nie grzązł mu w gardle, mógł krzyczeć, śpiewać, mógł mówić, gdyby tylko zechciał. Ale nie chciał – był spokojem. Żadnych zbędnych emocji, żadnych dźwięków odbierających mu zdolność trzeźwego myślenia, żadnych nerwów, decyzji podejmowanych w ostatniej chwili, żadnych ucieczek, kłamstw, próśb rozpaczliwych i jękliwych.
Tylko spokój.
Był przez te kilkanaście minut jakimś pieprzonym hippisem, spojonym z naturą, w harmonii ze sobą i z innymi. Czuł się jak idiota, czerpiąc z tego dziecięca radość, ale chrzanił, nie było jej przy nim, więc nie znała jego myśli. W końcu był, przez krótką chwilę, wolny. Nikt nie znał jego myśli.
Płynął spokojnie. Morze było tego dnia wyjątkowo spokojne, więc nie musiał walczyć z falami, nie musiał walczyć z nikim. Po prostu brnął dalej w ten onieśmielający swoim ogromem seledyn, stawał się dzieckiem, wyobrażając sobie, że jest tylko rybą, kolorową, lekką rybą znającą ten teren jak własną kieszeń, rybą która urodziła się w tej wodzie, wśród tych skał, wśród tych glonów i innych stworzeń i która wśród nich umrze, nieświadoma nawet, czy nastąpi to teraz, zaraz, czy też za tysiąc lat.
Przecinając gładko taflę wody przypominał sobie, jak pierwszy raz ją pocałował. Miał prawie siedemnaście lat, wielkie plany, wielkie marzenia i wielki przywilej życia w błogiej nieświadomości, wielki przywilej życia bez ciążącej mu obecnie wiedzy o bólu, utracie i braku bezpieczeństwa. Siedzieli na trawie w ogrodzie rozciągającym się na tyłach prowansalskiej posiadłości ich babci i korzystając z nieobecności reszty rodziny (która akurat udała się na popołudniową wyprawę na jakąś wyjątkowo piękną łąkę, bo mała Chloe koniecznie chciała ją odwiedzić przed zbliżającym się powrotem do Paryża) palili ziołowe papierosy. Dym miał zapach róż, mięty i podgniłych liści, zarazem przyprawiał o mdłości jak i zachwycał, każąc zapalić następnego papierosa. Pili domowej roboty czerwone wino i jedli jeszcze ciepły placek ze śliwkami, byli, każde ze swoimi małymi grzeszkami, uosobieniem niewinności. Symbolem naiwnego, świeżego piękna. To było zupełnie naturalne, po prostu leżeli obok siebie, a potem leżeli już na sobie, ona na nim czy on na niej, nie pamiętał, a potem ona zerwała się do biegu i pamiętał łopotanie jej jasnej sukienki na popołudniowym wietrze, była jak jaskółka lecąca tuż nad szosą, nieświadoma, że pędzi wprost na spotkanie ze swoim przeznaczeniem w postaci zderzaka jakiegoś cholernego TIRa przewożącego ruską kapustę przez granicę.
Kenzo jęknął i zachłysnął się wodą, to było zbyt mało poetyckie porównanie. Zawrócił do brzegu.
Pierwszy raz pocałował ją na półtora miesiąca przed śmiercią matki. Na półtora miesiąca przed nocą, która raz na zawsze zmieniła ich życie i która miała już na zawsze wryć się w ich udręczone jaźnie. Tamtej nocy, dusznej i typowo sierpniowej, Coco brała kąpiel, a on siedział na brzegu wanny i czytał jej jakieś wiersze, Baudelaire’a albo Rimbaud’a. Chloe nocowała u przyjaciółki. Mieli spotkać się następnego dnia by świętować jego urodziny na jakiejś ogromnej imprezie w klubie, który załatwiła Coco (wolał nie zastanawiać się w jaki sposób). Łazienka pachniała brzoskwiniowym olejkiem. Jego siostra była opalona i rozprężona, przymknęła powieki, po raz pierwszy zwrócił uwagę jak długie są jej rzęsy, oddychała spokojnie, włosy pokręciły jej się lekko od wilgoci, ich kosmyki spływały jej na szczupłe ramiona i drobne piersi. Patrzył na swoje lustrzane odbicie, na tą bladą, chudą twarz rozpływającą się w zaparowanej tafli szkła. Tylko Chloe odziedziczyła oczy po ojcu, patrzyła na świat z chłodnym opanowaniem, mierzyła wszystko dokładną miarą praktyczności i przydatności. Ona była tym bardziej udanym dzieckiem, tym, które już od urodzenia przynosiło większe korzyści, profity, lepsze oceny i lepsze opinie. Ale to oni mieli oczy matki, oni potrafili tańczyć na ostrzu noża i śmiać się tak długo, by w końcu zemdleć bez tchu, albo nawet umrzeć, z echem śmiechu brzmiącym w niesłyszących już uszach.
- Ćma skwiercząc w ogniu świecy modli się: kapłanko światła, bądź pochwalona, spal sny nierozumne! Kochanek gdy pochyla się drżąc nad kochanką jest jak umierający, co pieści swą trumnę. – przeczytał (tak, to jednak był Baudelaire) i przełożył stronę. Zadzwonił telefon, więc wstał, żeby odebrać. Wyszedł z łazienki, porozmawiał przez chwilę, wrócił. Coco trzymała książkę w dłoniach, patrząc na niego zamglonym wzrokiem.
-Przypomnij sobie, cośmy widzieli jedyna, w ten letni tak piękny poranek: u zakrętu leżała plugawa padlina na ścieżce żwirem zasianej.
Kenzo nachylił się i wpił w jej usta, a potem wpadł do wanny, zanosząc się histerycznym śmiechem.
Dopłynął do drabinki wmontowanej w skały i wyszedł z wody. Poczuł, jak jest zmęczony, jak miękkie ma nogi, jak bardzo jego płuca przypominają teraz przetarte ekologiczne siatki. Zaśmiał się do siebie, ekologiczne siatki i ruska kapusta, na miłość boską, co się z nim działo?
Dopadł leżaka i usiadł Chloe na rozgrzanych od słońca, kościstych kolanach.
- Kurwa, mały pojebusie! – zawyła, próbując zepchnąć go na beton. Rozsiadł się wygodniej i sięgnął po jakiegoś drinka.
- Cicho – prychnął, zdejmując Coco okulary przeciwsłoneczne i wsuwając je na nos. – Nie bulwersuj się, lepiej w coś zagrajmy.
- Wyzwanie albo wyznanie! – ucieszyła się Chloe, zapominając, że jest na niego wściekła – Ja pierwsza. Sonia?
-Uhm?
- Wyzwanie czy wyznanie.
- Wyznanie – odparła Sonia, najwyraźniej zbyt rozleniwiona by silić się na czynność inną niż odpowiadanie na durne pytania jego siostry.
- Masz romans z tym sztywnym Francuzem?
Coco roześmiała się pod nosem.
- Jeszcze nie – Sonia wzruszyła krągłymi ramionami – Poza tym wcale nie wiesz, czy jest sztywny. – Kenzo prawie opluł się drinkiem – Chloe?
- Wyznanie.
- Skocz z tego – Sonia machnęła ręką w stronę trampoliny, wbudowanej w skałę jakieś pięć metrów nad wodą. Chloe zadrżała mimowolnie.
- Później, na miłość boską – prychnęła – Słowo. Tylko trochę wytrzeźwieję.
- Szkoda – Coco zajęta była zdrapywaniem śliwkowego lakieru z krótko obciętych paznokci – Miałam nadzieję zobacz yć, jak roztrzaskujesz się na skałach.
- Albo jak zjada mnie rekin. Coco?
-Wyznanie .
- Z iloma facetami spałaś w całym swoim życiu? – Kenzo nadstawił uszu.
- Ale tym przed reinkarnacją również? Stu osiemnastoma. – Coco roześmiała się, odchylając głowę – Kenzo?
-Tylko stu osiemnastoma? – puścił oko do roześmianej Sonii. Była chyba jedyną dziewczyną, której nie chciał przelecieć. Oczywiście nie, żeby była brzydka czy głupia, Chryste, wręcz przeciwnie. Ale, po prostu, z bliżej nieznanego mu powodu patrzył na nią pod kątem, pod jakim przyglądał się Chloe czy swoim kumplom. I nie wyobrażał jej sobie bez bielizny. Na całe szczęście. Jeszcze. – Wyzwanie.
- Widzisz ją? – Coco spojrzała na szczupłą blondynkę opalającą się w towarzystwie trzech chłopaków będących mniej więcej w jego wieku. – Nakazuję ci postawić jej drinka.
Kenzo poczuł, jak się rumieni. Jezu, jak on tego nie cierpiał. Jak potwornie nienawidził wpływu, który miała na niego jego mała siostrzyczka. Jak koszmarnie nie znosił siebie, gdy gorączkowo zastanawiając się jak może sprawić jej przyjemność myślał też, co zrobić, by ją zranić.
Kiedy piętnaście minut później siedzieli z Miuccią w hotelowym barze, rozmawiając o jakimś klubie z centrum oraz o tym, czy ktoś widział ostatnio w ich zatoce jakiegoś rekina, marzył, by Coco umierała teraz z tęsknoty za nim. I z pragnienia. I w nadziei, że nie wyląduje z Miuccią w łóżku ( a taki przecież miał plan, była nawet całkiem ładna, dość chyba prostolinijna i niekoniecznie podniecająco skomplikowana, ale za to na pewno szczera i odważna).
- Więc? – Kenzo nachylił się do niej, czując, jak stykają się ich kolana. – Czego się napijesz?
- Hm – oplatając kosmyk jaśniutkich włosów na szczupłym palcu dziewczyna posłała mu olśniewający uśmiech i zamknęła kartę drinków – Poproszę Bloody Screaming Orgasm.
Kenzo uśmiechnął się szeroko, a potem poczuł, jak jego serce (po raz miliardowy) rozpada się na sto krwawiących części.
Telefon, który odebrał tamtej nocy, tamtej nocy, gdy czytali Baudelaire’a i kochali się po raz pierwszy, był od ojca. Od ojca, który mówił, że znalazł matkę, że znalazł ją w luksusowym apartamencie, że zawiózł ją do szpitala, że jest na OIOMie i że możliwe, że nie przeżyje.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

7.lista życzeń.

poniedziałek, 3.sierpnia.2009, 14:45
O kurczę, dziękuję ślicznie za takie miłe komentarzyki, to cudowne i inspirujące, że nie jestem jedyną osobą, która to (a i tak bez zbytniego entuzjazmu) czyta.
Dziś zaskakująco długo, tak myślę. I tak, o ile wytrwam, ta pisanina zajmie mi chyba z tysiąc stron. Taa, teraz już nie ma odwrotu, tak myślę.
I jeszcze DAJCIE MI JAKIEGOŚ DOBREGO POTTRA, bo mam straszną chcicę na rona i malfoja, swoją drogą, opowiadania o ich miłości jeszcze nie było, cóż, wszystko przede mną. Żartuję.
Zapraszam też do działu 'o mnie', bo tam 'o mnie', znaczy O MNIE oraz o tym opowiadaniu trochę nowego, może się coś w końcu wyjaśni.
Całuję mocno i bardzo Was wielbię!
Buziaczki z deszczowej, a i jakże przy tym piękniej Kopenhagi.

edit:
ja pierdolę. skandar = jeremy young. nara.
...

Była bladą zjawą. Bladą i słabą. Teraz ją widział, bo teraz chciał ją widzieć, a przynajmniej potrafił patrzeć. Przyglądał jej się codziennie, w każdej minucie. Nawet jeśli miał zamknięte oczy. Była tylko zjawą.
Leżał w embrionalnej pozycji na samym środku pokoju, podłoga była chłodna i lepka, powieki miał sklejone nieistniejącymi łzami, pięści zaciśnięte, usta zasznurowane wymyśloną nicią.
Uśmiechała się do niego, zapalała papierosa za papierosem, poprawiała odstające kosmyki krótkich włosów. Jego mała tragedia, jego mała, prywatna tragedia siedziała naprzeciwko z dużym kubkiem pełnym parującej kawy w dłoniach, bawiła się rękawem jego koszuli i wydawała się zupełnie normalna, zupełnie zdrowa, zupełnie żywa, tak, jak tylko żywymi mogą być ludzie.
Naokoło czaszki zaciskała mu się pętla bólu. Cierniowa korona tego, co już przeszło, ale nie zniknęło.
Gdyby przyglądał się uważniej, gdyby chociaż spróbował zobaczyć cokolwiek innego niż smukłe dłonie, kolorowe bransoletki na nadgarstkach, białe zęby i skupione na nim oczy, pewnie teraz nie byłaby zjawą (albo byliby nimi oboje).
Nie otwierając oczu zaczął macać podłogę w poszukiwaniu paczki papierosów. Od kilku dobrych godzin żył na oślep. Nie otwierał oczu odkąd się obudził. Nie chciał ich otwierać.
- Skandarze Larssen. – drzwi od jego pokoju zaskrzypiały i w progu stanął Angus – Chyba przesadziłeś.
Skandar westchnął i przekręcił się na drugi bok.
- Czy ty mnie słyszysz?
Dla potwierdzenia chłopak machnął ręką.
- Świetnie. – głos jego ojca drżał od tłumionej wściekłości. Skandar bez trudu mógł go sobie wyobrazić; niedogolonego, odzianego w brzydką koszulę sfrustrowanego dupka w opóźnionym kryzysie wieku średniego. –Więc masz okazję, żeby mi wytłumaczyć coś ty jej zrobił.
- Jezu Chryste. Komu?
- Malin. Coś ty zrobił Malin? – Angus wszedł do pokoju, zamykane drzwi zaskrzypiały po raz drugi. Usiadł na samym brzegu łóżka syna i wpatrzył się wiszący vis a vis niego, oprawiony w drewnianą ramkę obrazek przedstawiający senne, zamglone miasteczko.
- Co miałem jej niby zrobić? – podniósł się gwałtownie i usiadł po turecku, mierząc ojca oskarżycielskim spojrzeniem. Usta wykrzywiły mu się w ponurym grymasie, nachylił się lekko do przodu, jak zwierze szykujące się do ataku.
Głupia gówniara. Spodziewał się, że zrobi mu scenę, ale rozwlekanie tego na cały dom było raczej żałosnym ciosem poniżej pasa. Wyobrażał ją sobie, przejętą i roztrzęsioną, jak leci do jego ojca i skarży, tupiąc nóżkami obutymi w maleńkie, dziecięce sandałki. Na miłość boską, Malin, pomyślał, chyba już z tego wyrośliśmy, czyż nie?
- No ja się ciebie właśnie pytam! – jęknął Angus – Zejdź lepiej na dół i zobacz co się tam wyprawia! Pernille miała mieć spokojne wakacje.
- JA TEŻ MIAŁEM MIEĆ SPOKOJNE WAKACJE.
- Taak? – ojciec pochylił się groźnie w kierunku Angusa i teraz ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Poczuł papierosowy zapach oddechu swojego jedynego dziecka i skrzywił się mimowolnie. Skandar patrzył na niego bez mrugnięcia, przerażająco zimny i obojętny. To nie było dziecko, które kiedyś wychowywał, ani człowiek, z którym kiedykolwiek chciałby mieć do czynienia. Siedział w jednym pokoju z zimnym skubańcem, który na dodatek był jego pierworodnym. Zaczynał rozumieć intencje swojej byłej żony, która za wszelką cenę chciała się pozbyć ich syna z domu chociażby na miesiąc. – To znajdź ją teraz i przekonaj, żeby została. Znajdź Malin i zrób cokolwiek, żeby odwołała taksówkę na lotnisko. W tej chwili! – syknął przez zaciśnięte gniewem zęby – Bo uwierz mi, że jeśli czegokolwiek z tym nie zrobisz… ty na pewno spokojnych wakacji mieć nie będziesz.
Skandar roześmiał się ojcu prosto w twarz. Ma coś zrobić? Ależ oczywiście, że zrobi. Wstał i wyszedł, trzaskając milczącymi już teraz drzwiami.


A więc nazywał się Graeme Champigneulle i miał dwadzieścia cztery lata. Był pisarzem, rok temu wydał debiutancką powieść, a jego druga poszła właśnie do druku. Na razie jeszcze nie przetłumaczyli jej na rosyjski, ale obiecał, że przyśle jej angielską wersję, bo akurat nie miał żadnej ze sobą. Skończył filologię francuską na Sorbonie i był cholernie inteligentny. I przystojny. I wolny.
Oparł się plecami o kamienny murek i podrapał czubkiem wysłużonego czarnego Converse’a w lewą łydkę. Po całym dniu narad, na których, jako jedyny przedstawiciel szanującej się firmy prawniczej nie mógł sobie pozwolić nawet na minutową drzemkę był dość zmęczony, ale ciągle jeszcze (o dziwo!) miał siłę na spotkania z Sonią. I tak od trzech dni. Wstawał, pływał, jadł zdrowe śniadanie, dzwonił do Luelle, leciał na spotkania, jadł lunch z współpracownikami (raz z matką samej Sonii, której musiał kłamać w żywe oczy, że nie, nikogo nie poznał i w Dubrovniku jest w sumie dość samotny), szedł na dalszy ciąg rozmów, zabierał głos, albo stwierdzał, że potrzebuje jeszcze trochę czasu na wysnucie jakiejś konkluzji i w końcu zamykał papiery w teczkach, wracał do hotelu, szedł na kolację, dzwonił do Luelle, płacił firmową kartą kredytową, wracał do hotelu. Opróżniał jedną czy dwie buteleczki z minibarku i szedł na spotkanie ze swoją małą rosyjską przyjaciółką, posiadaczką lepszego brytyjskiego akcentu niż jego własny, niewinną i uroczą, a przy tym wyjątkowo inteligentną i posiadającą najpiękniejszy, najszczerszy uśmiech jaki przyszło mu chyba kiedykolwiek widzieć, spędzał z nią jakieś dwie godziny, wypalał trochę za dużo papierosów jak na swój zdrowy tryb życia przystało i znowu wracał do hotelu. Przeglądał papiery, zamawiał sobie do pokoju herbatę, odpisywał na maile, brał prysznic, szedł spać. Jednocześnie od kilku dni jego myśli krążyły tylko naokoło niej.
Chociaż przecież nie, żeby na nią leciał; była przy całej swojej szatańskiej sile przyciągania jedynie miłą, naiwną panienką z dobrego domu, która marzyła skrycie o wakacyjnym romansie (może nawet nie romansie, a wyidealizowanym związku dusz, krótkotrwałym, i dlatego tak pięknym) z młodym poetą popisującym się francuskim akcentem. A on zamierzał jej go dać (oczywiście związek dusz, nie romans, Luelle podcięłaby sobie te swoje cieniutkie, niebieściutkie żyłki) czemu nie, przecież rodzice ciągle mu powtarzali, że najważniejsze w życiu są dobre uczynki, że najpiękniejsze i najbardziej twórcze jest uszczęśliwianie innych, a potem ojciec postawił mu piwo i powiedział: to jest niezły biznes, Graeme, i nieźle popłaca.
A więc Graeme Castelbajac, zawzięty dwudziestodziewięcioletni prawnik z Paryża, szczęśliwy narzeczony niejakiej Luelle Huette, tyran pracy, geniusz, pan umysłów i w końcu perfidny kłamca postanowił upiec wiele pieczeni na jednym ogniu: zrobi dobry uczynek, uszczęśliwi kogoś i może jeszcze coś na tym zyska. Fantastyczny plan.
Ubrany w czarne rurki i szary podkoszulek, z włosami, które przed wyjściem rozczochrał dłonią, uznając, że tak wygląda nieco młodziej mógł swobodnie udawać nawet dwudziestolatka.
To był wyjątkowo duszny wieczór. Gwiazdy wydawały mu się być tak blisko jak nigdy. Mógł usłyszeć głosy kilku członków hotelowej obsługi, nakrywających do śniadania w niewysokim budynku za jego plecami. Parę razy mijali go przechodzący się hotelowym deptakiem turyści; pary, rodziny, grupki przyjaciół.
W całej tej sielance i dla siebie był teraz nowym człowiekiem. Mijający go ludzie, mężczyźni w szortach i koszulkach polo oraz kobiety, w krótkich spódniczkach albo lekkich, kolorowych sukienkach widzieli w nim rozprężonego, beztroskiego młodzieńca, z którego uśmiechu bez trudu mogli wyczytać, że ma on przed sobą całą listę najróżniejszych życiowych perspektyw. Mogli wyczytać, że w którąkolwiek z rozciągających się przed nim dróg skręci i tak dotrze do sukcesu.
Sonia schodziła właśnie w dół wąskimi schodkami prowadzącymi na plażę. Stopy odziane w lekkie czarne balerinki (znał tą nazwę, bo Luelle miała w domu tysiące ich par) stawiała wyjątkowo ostrożnie, z namysłem mędrca i z wdziękiem baletnicy. Miała rozpuszczone włosy, roztrzepaną grzywkę, nieobecny, rozmarzony wzrok. Zeskoczyła z ostatniego stopnia i oparła się o murek obok Graeme, wcześniej potykając się o własne nogi.
- Długo czekasz? – posłała mu ten swój uśmiech. niepewny, ale zupełnie naturalny. Brzmiała zastanawiająco piskliwie.
- Taa, ale nie przejmuj się, specjalnie przyszedłem wcześniej. Na co masz ochotę?
Przez moment, mnąc w dłoni rąbek białego topu na ramiączkach i patrząc na niego uważnie spode łba wyglądała, jakby chciała krzyknąć: „Na ciebie!”. Mimowolnie uśmiechnął się pod nosem.
- Na burzę – odparła.
Graeme złapał ją za szczupły nadgarstek i poprowadził w dół kamiennymi schodkami, by zatrzymać się przy szeregu pustych teraz leżaków stojących pomiędzy podświetlonym na złotawy kolor basenem, a wmontowaną w skały błyszczącą czystością metalową barierką, odgradzającą ich od spowitego mrokiem morza. Ciszę i ciemność przerywał tylko monotonny szum wciąż pracującego basenowego filtru i ostre błyski światła wysyłanego przez maleńką latarnię morską wybudowaną zapewne wiele lat wcześniej na wysepce oddalonej od nich o kilka kilometrów.
- W dzieciństwie, w czasie wakacji – zaczął, marząc o piasku, w którym mógłby teraz, skupiając oszalałe myśli, poryć trochę czubkiem buta. Usadził ją na jednym z leżaków, samemu siadając obok – które, rok w rok w jakichś osiemdziesięciu procentach spędzałem u mojej babci w Nicei, zawsze traktowałem burze jak wielkie wydarzenie – Sonia spojrzała na niego z ukosa. Zauważył, że słuchając często przekrzywia głowę. Wyglądała wtedy jak skupiony na czymś ptak, ze swoimi prawie czarnymi włosami i uważnymi, ciemnymi oczami przypominała mu kawkę. – Moja prababcia, potwornie przesądna i bogobojna, zawsze stawiała wtedy w oknie gromnicę i, gorliwie się modląc, pakowała najcenniejsze rzeczy, gdybyśmy, w razie pożaru wywołanego uderzeniem pioruna, byli zmuszeni do szybkiej ewakuacji z domu.
- A potem, dopóki burza nie przeszła siedzieliście skuleni na jakiejś ławie z dala od okien i liczyliście, jak daleko od was uderzył piorun – Sonia pokiwała głową.
- Chryste, dokładnie – nie mógł uwierzyć Graeme. Ta mała Rosjaneczka zawsze okazywała mu tyle zrozumienia, a przeglądając się w jej ogromnych oczach widział prawdziwego siebie, tego jeszcze nie zdegenerowanego bezustannymi myślami o biznesie, sprawach sądowych i nowych procesach. Nie wiedział co robi, wciskając jej bajkę o idealnym Graeme Champigneulle’u, ale czuł, że to jedyny sposób, że tylko tak, zmieniając wszystkie przyziemne kwestie, z nazwiskiem na czele, mógł stać się przy niej prawdziwym Graeme.
- Nie dziw się, że mam podobne doświadczenia! – Sonia wyprostowała nogi i podrapała się w smukłą łydkę- Urodziłeś się przecież tylko sześć lat wcześniej.
No pewnie. I tak przecież nie kłamał jej AŻ tak bardzo. Sześć czy jedenaście lat starszy, och na miłość boską, kogo to dziś obchodzi?
Wzdrygnęli się obydwoje, gdy ich maleńką ciszę przeszył huk pierwszego pioruna.

Oscar, ubrany jedynie w jasne, poprzecierane na kolanach dżinsy i beżowy fartuszek w duże, purpurowe róże krzątał się po tarasie z beztroskim uśmiechem na ustach. Zawdzięczał go nie tyle skrętowi, którego wypalił do zjedzonych na śniadanie naleśników, a raczej podwójnemu pieprzeniu, które zaliczył jakieś dwadzieścia osiem godzin wcześniej. Znowu było gorąco, a jego dziadek po specyficznym bólu w piszczelach przewidywał na noc potężną burzę. Postanowili jednak, że do kolacji, na którą ponownie zaprosili ‘to miłe włoskie rodzeństwo’, jak jego babcia określiła Miuccię i Giambattistę nakryją na tarasie, by w razie czego, według wcześniej opracowanej taktyki, przenieść wszystkie wiktuały na stół jadalni.
Oscar podśpiewywał „Love me two times” i rozstawiał na stole małe kamionkowe miseczki na sosy i zioła.
W ogródku za domem jego dziadek grillował chude mięso, a babcia przeszukiwała przetwory, czekające na swój dzień w chłodzie domowej piwniczki. Za namową Giambattisty zdecydował się w końcu zaprosić na kolację również tego naburmuszonego chłopczyka z sąsiedztwa. Czuł się zazdrosny tak samo mocno, jak czuł kolejne ukąszenia wyrzutów sumienia, z których czerpał chorą, masochistyczną przyjemność.
No dobra, nie powinien był tego robić, ale sam świetnie wiedział, że zarówno Miuccia, jak i jej uroczy brat są do niego samego zaskakująco podobni. Już od pierwszej chwili, od ich spotkania przeszło rok temu wiedział, że ich znajomość ograniczy się do kolejnych posunięć w tej cudownej, oszałamiającej grze.
Kontakt z rodzeństwem Marconich odurzał go od samego początku. Przez cały rok, snując się po górskich ścieżkach, odbywając kolejne randki w portowych kawiarenkach i paląc papierosy na poboczach Autostrady Słońca, Oscar Harvey czuł smak ust Giambattisty, który przecież był także i smakiem ust Miuccii. Pamiętał dotyk ich dłoni, który teraz wrócił ze zdwojoną siłą, ich oddechy, słyszał ich głosy, śmiech i ekstatyczne jęki. Jego świat stawał się powoli szczelnie zamkniętym domostwem w którym ta dwójka tworzyła zarówno fundamenty jak i dach, otaczała go i zamykała w sobie.
Długo myślał, a nawet teraz trudno było mu się pozbyć wrażenia, że już dawno to on przejął w tym wysublimowanym w swojej perwersji związku prowadzenie, chociaż w istocie to bliźniaki Marconi miały nad nim kontrolę.
- Oscar, zanieś dziadkowi marynatę i nazbieraj mi oregano! – usłyszał cierpki głos babci, a potem ujrzał jej siwe włosy, opadające na jej pomarszczoną, dobrotliwą twarz.
Zszedł do ogrodu, ostrożnie stąpając wąską ścieżką odgradzającą jedną część ziołowego ogródka jego babci od drugiej. Usłyszał znajomy glos i gwałtownie przykucnął. Zaczaił się za jakimś intensywnie kwitnącym krzakiem, mierząc wzrokiem dwie smukłe sylwetki przekraczające bramę. Miuccia niosła w dłoni wiklinowy koszyk pełen kwiatów, zaś Giambattista, z szarą marynarką przewieszoną przez ramię targał pod pachą ozdobną butelkę wypełnioną jakimś złotawym alkoholem.
- Miuccia, ale dajesz mi słowo? – Giambattista, jak zawsze podążający pół kroku za dumnie wyprostowaną siostrą przeszedł tak blisko niego, że Oscar odruchowo zacisnął powieki, kurcząc się w sobie w nadziei, że jednak go nie zauważą.
- Oczywiście, że daję ci słowo! – Miuccia okręciła się dookoła własnej osi, a jej rozszerzająca się u dołu, krótka pudrowo różowa sukienka zawirowała naokoło jej nagich – I mam nadzieję, że ty możesz zrobić to samo.
- Pewnie – zgodził się ochoczo Giambattista, przystając na moment, by złożyć dłonie jak do harcerskiej przysięgi – Zresztą to byłoby idiotyczne, gdybym z nim spał.
Oscar wyciągnął szyję.
- Dokładnie – Miuccia machnęła dłonią w teatralnym geście, zupełnie jakby mówiła „och tak, skądże znowu!” i ruszyła przed siebie – Wiemy przecież obydwoje, że od zeszłego roku kompletnie nic nas w Oscarze nie kręci, prawda?
- Prawda.
Oscar zachichotał pod nosem i odczekał parę sekund, by jego przyjaciele zniknęli we wnętrzu domu. Po chwili, kompletnie już zapominając o oregano wyłonił się zza krzaka i przemknął przez ogród.
- Oscar, właśnie cię szukaliśmy! – Miuccia, przed chwilą jeszcze zajęta rozmową z jego dziadkiem, rozłożyła teraz ramiona, już prawie koloru najlepszej gatunkowo mlecznej czekolady i, poczekawszy aż do niej podejdzie, ucałowała go leciutko w obydwa policzki. – Kochanie, pachniesz jak wędzonka, ale i tak wyglądasz rewelacyjnie.
Oscar roześmiał się i ze wzruszeniem ramion i niewinną miną wskazał na rozpalony grill.
Czasami jednak czuł się, jakby zaczynał odzyskiwać panowanie nad sytuacją.

Malin zgarnęła z biurka Annę Kareninę, małą różową kosmetyczkę, kilka kolorowych gumek do włosów, dwa notatniki, piórnik i niebieską apaszkę w groszki. Zrobiła trzy kroki i przyklękła na podłodze, wrzucając przedmioty do rozłożonej przed nią walizki. Nie zwracała uwagi, czy niedokręcony żel do kąpieli nie leży przypadkiem na pistacjowej sukience, czy każdy cienkopis zabezpieczony jest skuwką i czy każda ze skarpetek ma swoją parę. Dokładne segregowanie i grupowanie całej zawartości walizki, które normalnie zajmowało jej około godziny, teraz nie zaprzątało jej głowy.
Nie chciała już nigdy niczego klasyfikować, nigdy nie przypisywać niczego do jakiejś ściśle określonej grupy. Była „ograniczona”, jak, odkąd skończyła osiem czy dziewięć lat, mówili lekarze, a teraz, po raz pierwszy w jej stosunkowo krótkim życiu to „ograniczenie” naprawdę jej przeszkadzało.
Nie dlatego, że męczyła się ciągłym określaniem wszystkiego, przy zjawiskach pogodowych zaczynając a na ludziach kończąc i wpisywaniem tego do odpowiednich kategorii, a dlatego, że po raz pierwszy nie mogła kogoś dokładnie określić.
Malin gniewnie wrzuciła do walizki parę białych sandałków.
Tym kimś był Skandar.
- Cześć, Malin – usłyszała za plecami. Odwróciła się gwałtownie przypadkiem upuszczając na podłogę buteleczkę z fioletowym lakierem do paznokci. Skandar stał w drzwiach jej pokoju z ręki do ręki przekładając paczkę jakichś mocnych papierosów. Ubrany w koszulę w poziome biało czarne pasy i czarne rurki, pachnący kawą i złością zapewne zachwyciłby większość jej (i tak nielicznych) koleżanek. U niej jak na razie wywoływał tylko wściekłość. – Możemy porozmawiać?
- Wyjdź stąd – jęknęła, starając się na niego nie patrzeć.
- Ale najpierw ze mną porozmawiasz – Skandar pewnie przekroczył próg i stanął obok niej, przyglądając się zawartości jej walizki. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że na dłużej zawiesił wzrok na jej fiołkowych, ozdobionych drobniutką falbanką majtkach pechowo leżących na samej górze. Pokręcił głową, a jego wąskie usta rozciągnęły się w kpiącym uśmiechu.
- Kto powiedział – głos Malin drżał, ale i tak czuła się wyjątkowo dumna, że jeszcze nie zemdlała. – że chcę z tobą rozmawiać, Skandar? – bezskutecznie próbowała zmusić się do posłania mu pewnego spojrzenia, które miało go zmrozić do szpiku kości i zawstydzić, że po wczorajszej scenie ma jeszcze odwagę pojawiać się w jej pokoju.
- Ja – wzruszył ramionami i ściągnął łopatki. Wyglądał teraz na jeszcze wyższego i chudszego niż w rzeczywistości. Malin wydawało się też, że był jeszcze bledszy niż poprzedniego dnia, prawie siny, jakby jeszcze wyraźniejsze niż wczoraj sińce pod jego oczami rozprzestrzeniły się stopniowo na całą jego twarz, a potem zaczęły ogarniać całe ciało. – Zresztą zrobisz to nawet, jeśli nie chcesz. Skąd ten pomysł? – posłał jej lekceważące spojrzenie i, jakby z najwyższym obrzydzeniem trącił czubkiem trampka jej walizkę. Chryste, tego było już za wiele, spojrzała na niego i otworzyła usta, by w jakikolwiek sposób go objechać, ale głos ugrzązł jej w gardle.
Już wiedziała, skąd ta bladość i śliwkowe obwódki przy górnej i dolnej powiece; Skandar wyglądał, jakby przepłakał całą noc. Pewnie się myliła, skarciła się nawet w myślach, że pozwala sobie puścić wodze wyobraźni aż do takiego stopnia, ale nie mogła odpędzić nagle zrodzonej w jej głowie wizji, wizji Skandara skulonego na łóżku, z pięściami przyciśniętymi do łzawiących oczu.
- Zgadnij – podniosła lakier do paznokci i wcisnęła go do kosmetyczki. Usiadła na krześle pod oknem wychodzącym na północną stronę posesji pana Larssena, upał odbierał jej zdolność trzeźwego myślenia.
- No dobra – Skandar usiadł na parapecie. Znowu byli blisko, zbyt blisko, oddaleni od siebie tylko o kilka centymetrów i całe miliardy myśli, które sprawiały, że ciągle patrzyli na siebie nawzajem z taką wrogością.
Malin przymknęła oczy, jasna cholera, CO się zmieniło przez te kilka lat?
- Skandar, nie mam czasu – mruknęła, nie będąc nawet pewną czy ją słyszał. Ale słyszał; uniósł na nią wzrok, skupiając go na jej oczach. Poczuła, jak płoną jej policzki, jak znowu się zamyka, jak znowu zaczyna wątpić, że kiedykolwiek porozmawia z nim tak, jak rozmawiała w dzieciństwie. Byli za daleko.
- Okej – uśmiechnął się – więc sprawa jest krótka. Mój ojciec chce mnie zajebać, bo sądzi, że dziś w nocy cię zgwałciłem, albo zrobiłem coś równie strasznego – wyrecytował bez zająknięcia swoim głębokim, zachrypniętym zapewne od papierosów głosem – A przecież obydwoje wiemy, że tak naprawdę nie zrobiłem nic.
- Jasne – parsknęła Malin, ciągle wpatrując się za okno.
- No, nieważne. W każdym bądź razie twoja matka pewnie też już myśli podobnie, więc teraz wszyscy mnie nienawidzą. Nie, żebym specjalnie się przejmował, ale przyznam, że w te wakacje liczyłem na trochę spokoju, którego nie mam teraz i którego na pewno nie uzyskam, jeśli stąd wyjedziesz. Więc, mówiąc krótko, musisz zostać.
Malin roześmiała się pod nosem, a potem, już nad tym nie panując odrzuciwszy głowę wybuchła głośnym, prawie histerycznym śmiechem.
- A więc ty… - wydyszała, gdy już się nieco uspokoiła – Ty… przychodzisz tu i prosisz, żebym nie wyjeżdżała… w trosce o własny – kąciki jej ust drżały - … spokój?
- Dokładnie tak – Skandar nie wyglądał na ani odrobinkę poruszonego – Szybko łapiesz, Malin Hogstern.
- To cudownie… - prychnęła – I myślisz, że ci pomogę?
- Mnie na pewno nie – odrzekł i wstał, wolnym krokiem ruszając do drzwi – Ale jestem pewien, że zostaniesz tu z innego powodu. Dla jeszcze jednej osoby, której, zdaje się, chciałabyś zapewnić miłe wakacje. Dla osoby, o której, tak myślę, jak na razie perfidnie zapomniałaś. Och Malin – rzucił kpiąco – Chyba wiesz, że nie wypada być AŻ tak samolubnym, co? – w panice posłała mu kolejne spojrzenie, w którym przerażenie biło się z wściekłością. Nie mógłby, przecież NIE MÓGŁBY zadać jej aż tak silnego ciosu poniżej pasa. To było nieetyczne! – No nie patrz tak, kochanie – zatrzymał się przy niej i nachylił się, przez chwilę przetrzymując jej spojrzenie – Przecież wiesz, o kim mówię, prawda?
Malin nie odpowiedziała. Zawzięcie gryzła dolną wargę.
- No właśnie, Malin. Chodzi mi przecież o to, że na pewno tu zostaniesz… Bo nie chcesz zepsuć wakacji swojej matce.
Powiedziawszy to wyszedł, zostawiając ją bliską utraty przytomności na krześle przy oknie. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest ono niewygodne.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

6. rzygające nimfy/ pocałunki świrów.

czwartek, 23.lipica.2009, 00:27
po pierwsze: nie chcę, żeby to było nudne, a chyba jest. niedobrze.
po drugie: jakby ktoś pytał, lat mam siedemnaście, od 9 dni oficjalne. chyba, że nie umiem liczyć.
po trzecie: dziękuję! uroczeście.

Kiedy przyglądał jej się przez okno, wspięty na palce, trzymając się krawędzi parapetu i balansując, by nie stracić równowagi, wyglądała jak eteryczna zjawa, bajkowa i intrygująca. Siedziała bokiem do niego, a więc u szczytu długiego, jasnego kuchennego stołu, przy którym on sam jadał z ojcem posiłki w te pochmurniejsze, deszczowe i chłodne dni. Przed nią stała wysoka szklanka pełna mleka (chyba, że zrobiła sobie jakiegoś drinka, ale raczej by jej o to nie podejrzewał). Ubrana w czarne, luźne spodnie od dresu, który zapewne zastępował jej piżamę i kawowy golf z długimi rękawami, naciągniętymi aż na dłonie, z grubym warkoczem przełożonym przez lewe ramię i posępną miną (zmarszczyła jasne brwi, przygryzła wargę, spojrzenie miała utkwione w jakimś bliżej nieokreślonym punkcie przed sobą) wyglądała niemal jak postać z kreskówki, tak wyraźna na tle ukrytej w zapewniającym słodkie bezpieczeństwo mroku kuchni. Opierała dłonie o stół, nawet się nie ruszała. Pomyślał, że to byłoby idealne zdjęcie, Malin Hogstern, zupełnie nieświadoma, że nie jest sama ze sobą w tej prześlicznej chwili.
Sam nie wiedział dlaczego to robi. Może dlatego, że za dużo wypił, albo przez trzy godziny rozmowy z zupełnie miłym gejem, który nie próbował go nawet poderwać, albo dlatego, że chciał ją przestraszyć. Albo naprawdę był wariatem.
Wspiął się wyżej na palce i nieuważnie zgniótł czubkiem trampka jakąś gałązkę. Malin spojrzała w jego stronę.
Ale nie mogła go zobaczyć, to było niemożliwe. Za szybko zgiął się w pół i przemykając pod ścianą domu dotarł do drzwi wejściowych. Przeczesał włosy dłonią, wyjął z tylnej kieszeni spodni paczkę papierosów i wsunął jednego za ucho. Odetchnął, ściągnął ramiona. Jego mały świat wciąż jeszcze trochę wirował (aż wstyd mu było przyznać, że ma tak słabą głowę) kiedy naciskał klamkę.
- Chryste! – Malin, podskakując na krześle i prawie z niego przy tym spadając odwróciła się gwałtownie w jego stronę. Oczy miała szeroko otwarte, lewą dłoń zacisnęła w pięść. Odetchnęła głęboko. – Chcesz, żebym dostała zawału?
- Taa – skinął głową i zamknął za sobą drzwi – Chciałbym.
- Świetnie. – prychnęła w odpowiedzi. Myślał, że samą obecnością wygna ją do jej sypialni, każe zaryglować drzwi i wleźć pod łóżko w towarzystwie tasaka. Tego dnia nie był dla niej specjalnie miły. A przynajmniej nie tak miły, jak powinien być dla dawnej przyjaciółki spotkanej po latach. Miała szczęście ( i powinna się cieszyć ), że w ogóle jakoś ją znosił. Przy kolacji wyglądała mniej więcej tak, jakby miała zaraz wbić sobie nóż do masła w trzewia. Była jeszcze bardziej blada niż zazwyczaj, w czarnej sukience dość trupia i złowieszcza.
Mimo jakichś stu siedemdziesięciu kilku centymetrów wzrostu (i chociaż w niczym nie przypominała anorektycznych modelek z pism o modzie, które jego matka trzymała na oszklonym stoliku w salonie) kojarzyła mu się z pergaminowymi wróżkami doczepianymi w centrach handlowych do prezentów dla małych dziewczynek.
Podszedł do niej, trochę chwiejnie, ale z uśmiechem na szczypiących jeszcze od rakii ustach.
- Malin! – mruknął, przysuwając sobie krzesło, na którym jednak nie usiadł, opierając się tylko tyłkiem o jego oparcie. – Jest czwarta nad ranem!
-Wpół do. Gdzie byłeś?
-A, no wiesz – gawędzili jak starzy znajomi, może nawet jak stare małżeństwo, ona czeka na niego w kuchni, dzieci już dawno śpią, on wypił trochę za dużo, ona myśli, że on ma kochankę, chociaż on ową kochankę rzucił już jakiś czas temu. Skandar wzdrygnął się mimowolnie. – Tu i tam, zresztą nie wiem ile cię to obchodzi.
- Tak, masz rację. Niewiele. – odparła, przesuwając szklankę po blacie stołu od lewej dłoni do prawej. Przyglądał jej się przez chwilę, a potem odepchnął się dłońmi od oparcia krzesła.
- Czemu nie śpisz?
- Nie wiem, nie śpię.
- Malin, jest czwarta nad ranem.
- Mówiłeś.
- Powinnaś iść spać.
- Nie. – przełożyła warkocz związany bordową wstążką na drugie ramię – Chyba nie.
- Więc porozmawiajmy.
- Hm, słucham? To znaczy… no tak, e, porozmawiajmy.
- Okej. – rzucił, a potem nachylił się i oparł dłoń o blat stołu po lewej stronie jej ciała. Miała miękkie usta, smakujące (a to niespodzianka!) mlekiem. Malin zerwała się z krzesła, prawie je wywracając, dłonią potrąciła szklankę, która wykonała obrót na stole i zatrzymała się po chwili nad samą krawędzią.
- Poczekaj! – złapał ją za ramię, oczy miała przymglone wściekłością.
- Chryste! Musisz być potwornie samotny.
Roześmiał się, rakija buzowała jeszcze w jego krwi, papieros wysunął mu się zza ucha i spadł dramatycznie prostym, ciężkim lotem pod jej stopy.
- Nic nie wiesz, Malin. – wychrypiał – Nic nie wiesz o mojej samotności.
Odwróciła się na pięcie i przemierzyła salon szybkim, zdecydowanym krokiem. Miała wyprostowane plecy, jej warkocz zawieszony był teraz niczym w próżni między lekko odznaczającymi się pod golfem łopatkami. W niczym nie przypominała dziewczyny z którą usiadł do kolacji, wycofanej i wpatrzonej w swój talerz, a już na pewno nie tej Malin, z którą bawił się w piratów kilkanaście lat wcześniej.
Stanęła u stóp schodów i oparła dłoń na biodrze. Drugą, w której wciąż jeszcze trzymała szklankę, machnęła tak, jakby była ona nagle zbędnym elementem jej szczupłego ciała.
- Akurat, Skandar. Akurat.

Rysując gustowną beżową tapetę obcasami trzymanych w dłoni błękitnych pantofli Chloe maszerowała z dumnie uniesioną głowę środkiem hotelowego korytarza. Krok miała chwiejny i niepewny, ale uśmiech na pociągniętych soczyście karminową szminką ustach olśniewający i zniewalający.
Minęły dobre trzy czy cztery minuty nim udało jej się wsunąć klucz do zamka i następne dwie, zanim otworzyła drzwi. Apartament, który zajmowała wraz z rodzeństwem pachniał cytrynami i tytoniem. Klimatyzacja szumiała monotonnie. Chloe rzuciła szpilkami w kąt korytarza. Było po drugiej w nocy. Bankiet przerodził się w ekskluzywną libację, którą, po opróżnieniu kilku wysokich szklanek z owocowymi drinkami, postanowiła opuścić. Ostatni raz widziała Coco, gdy ta flirtowała z jakimś smukłym brunetem w hawajskiej koszuli. Wyglądał na bezguście.
Czuła pulsowanie bąbli, które wyrosły jej na gołych piętach i szczypanie w wysuszonych oczach.
- Jezu, Jezu zejdź do nas! – zaśpiewała pod zadartym noskiem – Zejdź do nas Jezu, lah-lah, la-la-lah-lah-la!
- Nie wzywaj imienia tego tam nadaremno! – usłyszała z balkonu. Rozpięła suwak sukienki.
- Kto tam, kto tam, kto tam, lah-la-la? – wyśpiewała, kontynuując swoją żałobnie brzmiącą pieśń i, teraz już w białym, puchowym szlafroczku sunąc przez przydzieloną jej sypialnię w stronę balkonu. – Czy to ty, lah-laaa-lah, bracie móó-ój?
- Chloe Laffert, wyrzucę cię na skały. – rozległo się w odpowiedzi. Kenzo siedział na białym plastikowym krzesełku pod ścianą, z nogami opartymi o drugie, stojące naprzeciwko i palił skręta, popijając szampana z małej buteleczki oklejonej kolorową etykietką. Wyglądał ujmująco, z wydętymi wargami i półprzytomnym spojrzeniem utkwionym w jej twarzy. Zwaliła nogi brata z krzesła i usiadła, szczelniej okrywając się szlafrokiem.
- Tylko spróbuj, mały. Ojciec cię dorwie. Jestem w końcu jego najmłodszym dzieckiem, słodką lokatką na życie!
- Taa – Kenzo wyszczerzył zęby w demonicznym uśmiechu – Grzeczna lokatka.
- To brzmi jak koszatka. –odparła Chloe, dobierając się do puszki solonych orzeszków którą wyłowiła z barku w drodze na balkon – Koszatniczka. Pamiętasz nasze koszatniczki?
- Te które mieliśmy jak byłem w czwartej klasie? – nie był pewien, czy dobrze kojarzy nazwę z gatunkiem zwierzęcia – Nie wieeem, jedna nazywała się Edmund, nie?
- Edward. – Chloe wsypała sobie do ust garść orzeszków, drugą wyrzucając za balkon – Kurwa, room service już nie działa?
- Nie. Możesz najwyżej poprosić w recepcji, żeby zrobili ci herbaty.
Chloe, odrzuciwszy głowę do tyłu roześmiała się w odpowiedzi, histerycznie i uroczo.
- Super, Kenzo. Wpieprzyłabym osiem wegetariańskich burgerów z potrójną porcją frytek i sześć dużych deserów lodowych, a ty mi pierdolisz o herbacie?
- Nie przeklinaj tyle, mała. Gdzie Coco?
- A chuj ją wie. – Kenzo już od dawna trwał w przekonaniu, że jego najmłodsza siostra dowartościowuje się, wplatając w zdania wypływające z jej pełnych ust powszechnie znane wulgaryzmy. Och, pomyślał, była z tym taka słodka. – Ostatnio widziałam ją z jakimś frajerem w kokosy. Czemu pyt-aaasz, lah-la-lah-la?
Kenzo wrzucił niedopałek do butelki z resztką szampana na dnie i wstał. Wychylił się za barierkę balkonu. Z dołu słychać było jeszcze muzykę i głosy, odległe i zamazane, szmer luksusowego ula.
- O Jeeeezu.
- Lah, lah-la laaa? Pokłóciliście się?
- Można to tak nazwać. – westchnął Kenzo. Wsunął mały palec w szyjkę butelki i zakręcił nią na blacie balkonowego stolika.
- O co?
- A tak sobie. O facetów w kokosy. – wzruszył ramionami. – Chlo?
- Aha? – teraz, wydobywszy z kieszonki szlafroka mały flakonik, Chloe zabrała się za malowanie paznokci, zaczynając od środkowych palców.
- Uwierzyłabyś, gdybym ci powiedział, że my, to znaczy ja i Coco…
- Kenzo! – usłyszeli z przedpokoju – Ken,yyy,zo!
Kenzo, zrzucając butelkę z blatu, zerwał się i przeskoczył przez próg balkonowych drzwi. Dopiero teraz, patrząc na jego niepewne, mechaniczne ruchy, Chloe uświadomiła sobie, że nie ona jedyna jest w tym towarzystwie mocno nietrzeźwa.
Coco stała na środku pokoju, kiwając się od lustra do łóżka i próbując zapiąć rozsunięty suwak sukienki.
- Jezu, Coco! Co się stało? – Kenzo dopadł jej i jednym ruchem powalił na miękką pościel.
Nie zdążyła mu odpowiedzieć, rzygając dalej niż widziała. Chloe zamknęła oczy.
-Jezu, przyjdź do nas, la, lah-la-la, lah- la!




- Mamo? – Pernille Hogstern siedziała na frontowym balkonie domu Angusa Larssena i przymykając zmęczone, ale ciągle goszczące w sobie jeszcze ten radosny, młodzieńczy błysk oczy, słuchała szumu fal rozbijających się o trwające w dole od lat skały. Malin okrążyła stolik, nieposprzątany jeszcze z talerzy po śniadaniu, na które ona sama nie zeszła, i siadła obok mamy, przez jakiś jeszcze czas pozwalając jej myślom trwać w mitycznym niemal morskim spokoju. Po chwili jednak zdecydowała, że nadszedł odpowiedni moment na wyciągnięcie ciężkiej artylerii. – Możemy porozmawiać?
- Mhm, pewnie – Pernille sięgnęła przez stół, po małą miseczkę z resztką dżemu na dnie i ostatniego croissanta leżącego na środku kamionkowego talerzyka. Podzieliły się wypiekiem, Malin spojrzała w morze.
- Chyba chcę wracać do domu.
- Słucham? – matka nie wydawała się wściekła, raczej szczerze zaskoczona. – Jak to?
- Po prostu. Przepraszam, chcę już wracać. To znaczy, hm, możesz mnie wsadzić do babci, powinna się przecież zgodzić, ja chętnie…
- Ale Malin… - Pernille oblizała łyżeczkę z dżemu i położyła na krawędzi balustrady. Jak na razie zachowywała zaskakujący spokój. Malin czekała, aż matka zacznie ciskać w nią sztućcami i w końcu wyrzuci przez barierkę. – Przecież dopiero co przyjechałyśmy! Myślałam, że ci się tu spodoba, zresztą przecież nie widziałaś nawet miasta, nie pływałaś… To moja wina, prawda? Powinnam była ci wczoraj poświęcać więcej uwagi, ale zrozum, nie widziałam Angusa tak długo i…
- Mamo – na dźwięk głosu wpadającej powoli w panikę matki, tak nagle starającej się zrobić cokolwiek, by zmienić jej zdanie, by uświadomić jej, że przecież wszystko będzie dobrze i to będą piękne wakacje, Malin poczuła jak na jej gardle zaciska się lina misternie spleciona z wyrzutów sumienia – Nie chodzi o to. Nie chodzi o ciebie. I nie o miejsce – dla potwierdzenia swoich słów Malin zmusiła się do radosnego uśmiechu, omiatając rozciągające się przed nią morze okolone zatoczką z ostrych skał uważnym spojrzeniem – To, hm, to chyba kwestia mnie, to znaczy myślę, że ja tutaj nie pasuję. Że tutaj nie będę się dobrze bawić.
- Ale kochanie – Pernille sięgnęła po dłoń córki – Myślałam, że się cieszysz! I że ci się podoba, wczoraj w taksówce tak się rozglądałaś i…
- Mamo – powtórzyła Malin głosem stanowczym, ale cierpliwym – NAPRAWDĘ nie o to chodzi.
I naprawdę nie chodziło o miejsce, ani o Angusa, ani o nudę, ani o brak uwagi matki. Do siódmej rano, o której dopiero udało jej się zasnąć (chociaż i tak był to wyjątkowo niespokojny i płytki sen przeszywany napięciem nieokreślonych nawet do końca koszmarów) zadręczała się chłodnym wspomnieniem twarzy Skandara, rozmytej mgłą alkoholu, pięknej i odrażającej w jednym. Nie powinna była się tak przejmować, naprany żigolaczek próbował ją pocałować ( a nawet mu się udało), okej, zażartował sobie z brzydkiej wariatki albinoski, prychnął coś o samotności i na tym się skończyło, SUPER, czym tu się niby przejmować?
Ale ona, o zgrozo, zdecydowanie się przejęła. Nie tylko dlatego, że miał tak niesamowite kości policzkowe, głos i smutek w spojrzeniu i też raczej nie z powodu jego jakkolwiek zuchwałej próby wepchnięcia jej języka w usta.
- Więc o co?
Chodziło raczej o dzieciństwo. O piegi, które zawsze namiętnie liczył, a których nigdy nie udało mu się dokładnie skatalogować w swojej małej, kędzierzawej główce. O zaraźliwy śmiech i zbieranie świetlików, które, nieszczęsne, dokonywały potem swoich małych, fosforyzujących żywotów w wysokich słoikach. O tą, jakkolwiek melancholijnie nie brzmiały jej prywatne, tęskne wywody, lekkość, o wrażliwość i wszystkie dodatki, które za sobą ciągnęła. O wszystkie te rzeczy, które spodziewała się zobaczyć, na pewno w pewien sposób stonowane i wyciszone, ale ciągle w nim obecne, a które zniknęły kompletnie. Zupełnie. Nie został nawet ślad.
- O Skandara, mamo. Chodzi o Skandara.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

5. duszna noc grzechu i poruty.

piątek, 10.lipica.2009, 00:53
POPI, dziękuję za Scandie Candie, to inspirujące. Inspirujący był też opener, więc pewnie zaraz zacznę pisać jakąś nową kupę i uouala, ale całkiem to lubię, bierzcie więc i jedzcie z tego wszyscy (a nawet wpierdalajcie)- rzekł pan.


Jego oddech zastępował jej powietrze. Nie słyszała nic, poza biciem jego serca i własnymi jękami. Świat składał się z ciepła jego skóry, miękkich włosów, szorstkości spierzchniętych ust. Był PRZY niej, był DLA niej, był W niej.
Nie dzieliła czasu między dni przed i po Kenzo, bo Kenzo był zawsze. W jej podświadomości. W jej świadomości. Pojawił się jeszcze przed Chloe (słodziutką Chloe, którą we dwójkę wychowywali jak własne, zdecydowanie zbyt wcześnie posiadane dziecko gdy ich ojciec załatwiał interesy, a matka śpiewała i ćpała po łazienkach wykładanych kafelkami z limitowanych edycji po dziesięć euro za sztukę). Był smakiem ciasteczek zbożowych maczanych w mleku, świeżych czereśni, szampana zbyt szybko uderzającego do głowy i tych pierwszych, tak nieumiejętnie palonych papierosów.
Przyciskał ją do ściany, rama ograniczająca wyjątkowo niezłą reprodukcję „Narodzin Wenus” wbijała jej się w spocony kark. Oddychał ciężko, pachniał ginem i wodą kolońską ojca. Ona używała perfum, które miała na sobie matka, gdy znaleźli ją (jej nagie, blade i znarkotyzowane zwłoki czekały sześć godzin, aż zaniepokojona pokojówka sięgnęła po zapasowe klucze) w apartamencie na ostatnim piętrze luksusowego hotelu w Le Marais. Ten zapach wywoływał u niej dławiące poczucie winy, ale potęgował to chore podniecenie kłębiące się trzewiach.
Przez pierwsze osiem lat jej życia to Coco i Kenzo zajmowali się małą Chloe. Była z nich najsłabsza, najwrażliwsza, najbardziej nieśmiała i przywiązana do wiecznie nieobecnych rodziców.
Potem coś się zmieniło. To Chloe, ich drobniutka, urocza siostrzyczka przejęła dowodzenie. Odbijali sobie lata, przez które Coco robiła siostrze kanapki do szkoły, a Kenzo (sam przecież średnio jeszcze potrafiący czytać) usypiał ją przy wielkich, ilustrowanych książkach z baśniami. W wieku jedenastu czy dwunastu lat Chloe zaczęła pomagać starszej siostrze w pracach domowych z arytmetyki ( o ile nie robił tego jeden z członków służby, z którym akurat Coco romansowała) i zamawiała Kenzo taksówki, gdy za bardzo się zjarał by trafić do domu metrem. Starszy brat kupował jej papierosy, a siostra malowała paznokcie i poznawała ze swoimi kolegami. Nie wydawało im się, że robią cokolwiek złego (do czasu), tworząc ten idealny, symbiotyczny związek, fantastyczny trójkąt zapewniający im wzajemne korzyści, względną organizację i (przynajmniej w teorii) dobrą zabawę.
Coco odchyliła głowę do tyłu. W końcu byli sami, mała Chloe znowu piła w towarzystwie słodkiego barmana na plaży. Ojciec zapewniał im wakacje. Nawet o tym nie wiedząc, załatwił tym samym ciężko studiującemu Kenzo miesięczny relaks połączony z pieprzeniem jej, kiedy tylko którekolwiek z nich (albo obydwoje) nabrało na to ochoty, słodkiej Chloe kolejny krok do popadania w alkoholizm, a jej samej skok ze spadochronem w rozkoszną przepaść depresji.
Miała tylko wyrzuty sumienia, że Chloe, ich małe, ukochane słoneczko, które w dodatku przynosiło im pewne korzyści, żyła poza tym układem, w jakim oni obydwoje egzystowali już od kilku lat.
Kenzo naparł na nią, chwycił mocniej za lewe udo, przyciągnął bliżej. Miał wystające kości biodrowe, chłodne obojczyki i oczy zamglone szaleństwem. Zarówno kochała jak i nienawidziła go, gdy znajdował się w takim stanie. Pożądanie płynęło w ich krwi.
Tego wieczora mieli iść we trójkę (oraz z ojcem, który już przy śniadaniu uprzedził ich, że być może z powodu biznesowej kolacji dużo się spóźni, albo wcale nie pojawi) na bankiet organizowany przez hotel. Robić dobre wrażenie, uśmiechać się do osób, które może znają, kręcić tyłkami w ładnych sukienkach (albo, w przypadku Kenzo wypinać pierś pod wyprasowaną białą koszulą). Była jakaś dwudziesta, Chloe czekała już w chabrowej szmizjerce przy barze, a oni grzeszyli, bezcześcili wszelkie świętości i załatwiali sobie stałe miejsce w piekle szaleńców już od dwudziestu minut.
Przeciągnął ustami wzdłuż jej szyi, przez okno wpadały ostatnie promienie słońca, wiatr wiał od morza i być może zwiastował burzę, białe szkwały i ulewny deszcz. Podpięta wsuwką grzywka opadła jej na wilgotne od potu czoło, Kenzo wpił się w jej usta.
Chloe czekała, obowiązki czekały, rodzina czekała. Już idą, przecież już idą, jeszcze chwilkę, jeszcze tylko chwilkę, jeszcze tylko…
- OH, Kenzo!

Siedziała na wyłożonym granatową plecionką plastikowym hotelowym leżaku i kręcąc resztką szampana w wysokim kieliszku użalała się nad sobą, co jakiś czas nerwowo skubiąc rąbek wiśniowej sukienki w groszki.
Oczywiście miewała dobre dni, podczas których wystarczyła jej tylko odrobina pudru i stylowa marynarka, by mogła poczuć się pięknością, olśniewającą królową swojego małego światka pokrytego piżmowym pyłem komunizmu. Oczywiście, że miewała dobre dni, które, nadchodząc, przynosiły jej falę pewności siebie, dobrego humoru i ochoty na intelektualne przekomarzanki ze ślicznymi chłopcami w śmiesznych kapeluszach i wytartych rockowych kurteczkach. Oczywiście, że miała dobre dni, które napędzały ją i wrzucały w towarzyski wir, karmiły mieszanką wrażeń i unosiły kilkanaście dobrych centymetrów nad posadzką. Oczywiście, że miewała dobre dni.
Ale to nie był jeden z nich.
- Przeszkadzam? – Sonia uniosła głowę. Graeme Castelbajac, ten sam, tylko jeszcze przystojniejszy niż rano, z pasującą do koloru idealnie wyprasowanych spodni ołowianoszarą marynarką nonszalancko przewieszoną przez ramię nachylał się nad nią z tlącym się papierosem w kąciku ust.
- Uhm, huh. No nie. – Mruknęła, czując przy tym, jak jej policzki nabierają pomidorowo karmazynowej barwy i zaczynają zmieniać się w rozżarzone palenisko. Oblizała wargi.
- Okej – rzucił, prawdopodobnie tylko udając niepewność i usiadł obok niej, na samym brzegu leżaka. Przeszło jej przez myśl, że to dlatego, że przy swojej potwornej otyłości zajmuje jego dziewięćdziesiąt procent i Graeme po prostu nie jest w stanie znaleźć sobie na nim lepszego miejsca. A obok niej siadał zapewne tylko z litości. – Hm, Soniu. – pamiętał jej imię – Więc co tu robisz?
Zaczęło się na tyle kurtuazyjnie, że w zasadzie powoli przestawała się stresować, że może, jakimś cudem, chociaż trochę mu się spodobała i pamiętać o wciąganiu policzków, napinaniu mięśni łydek, szerszym otwieraniu oczu i wydymaniu za wąskich jej zdaniem ust.
- No, hm, cóż. Moja matka wykorzystuje cały ten przeklęty bankiet, żeby załatwiać swoje biznesowe sprawy i zyskiwać jakieś ważne kontakty, a ojciec, hm, prawdopodobnie właśnie potwierdza stereotyp rosyjskiego alkoholika i penetruje bar.
- Czyli się nudzisz. – Bardziej stwierdził niż zapytał. Sino turkusowe światło dobiegające z lampek podświetlających basen padało tylko na pół jego i tak już bladej twarzy. Wyglądał nieco trupio i zupełnie poetycko, przygładzone rano włosy znajdowały się teraz w artystycznym nieładzie. Kąciki ust nieznacznie opadały mu w dół, przez lewą brew przechodziła cieniutka, niemal zupełnie biała blizna. Zdenerwowanie Soni powróciło tak szybko, jak zaczęło znikać.
- A ty?
- Co tu robię? Jestem w pracy. Czy się nudzę? Nie. – Nie dał jej odpowiedzieć – Chyba nie. Przywykłem. Od pięciu lat się w to bawię. To znaczy wiesz, jakoś leci, wszystko się zlewa. Każdy ten pseudo ekskluzywny bankiet, każdy kieliszek dobrego tylko na etykietce szampana, każdy nadęty gość w tak samo źle uszytym garniturze. Cały ten blichtr ze złoconymi klamkami i sztucznymi marmurami w łazienkach, to mnie nęciła może z dziesięć lat temu, ale teraz… Jezu, prawdopodobnie brzmię jak staruch.
- Nie. – Zaprzeczyła Sonia (prawdopodobnie nieco zbyt szybko jak na osobę obojętną i zupełnie nim niezainteresowaną, więc teraz Graeme zaczął się nią przejmować) – To znaczy tak, może trochę – upiła ostatni łyk szampana, zapewne licząc na to, że ta odrobinka doda jej odwagi – Ale to nic, to znaczy mów. To znaczy Jezu, no nieważne. Mów.
- Nie ma o czym. – Westchnął Graeme, a potem, w dalszym ciągu siedząc na brzegu niewygodnego leżaczka i paląc trzy papierosy pod rząd opowiedział jej o dniach przy grobie Serge’a Gainsbourg’a, śmierci ukochanej babci, porannym pływaniu w tej nienormalnie słonej wodzie i spacerze po murach obronnych Dubrovnika, którymi i ona przechadzała się dwa dni wcześniej. Sama mówiła niewiele, parę razy przebąknęła coś o Montmartrze i kilku swoich lękach, ale wiedziała, że nie musi mówić, nie musi nawet się przedstawiać z imienia i nazwiska, żeby ją zrozumiał. Już przy pierwszym czy drugim zdaniu jakie wypowiedział była pewna, że Graeme to właśnie ten typ człowieka, typ człowieka, który jest jak rewolucja (przychodząc niespodziewanie burzy wszystko, zmienia tok wydarzeń, a potem milknie na wieki, by ze swym poetycko destrukcyjnym działaniem odrodzić się ze zdwojoną siłą w najmniej oczekiwanym momencie), typ równie piękny jak i niebezpieczny, pieprzony trujący bluszcz wijący się naokoło kostek. Graeme był dla niej człowiekiem, którego smak ust znała już przy uścisku dłoni.

Oscar przebudził się koło trzeciej nad ranem, z twarzą wciśniętą między dwie poduszki w biało niebieskich poszewkach i z kolanami zaplątanymi w chłodne prześcieradło. Miuccia spała obok, zwinięta w kłębek na samiutkim brzegu łóżka. Miał ochotę wciągnąć ją na środek, żeby przypadkiem z niego nie spadła, ale zbytnio się bał, że się obudzi (jak zawsze w takich sytuacjach rozdrażniona i kłótliwa), więc tylko okrył ją rąbkiem puchowej kołdry i wstał. Przez chwilę, przy okazji męcząc się z zapalniczką przy podpalaniu zmiętego papierosa, przyglądał się swojej uroczej kochance, której karmelowa skóra kontrastowała z barwą pościeli. Oddychała równo, z jasnymi włosami rozrzuconymi wokół głowy niczym aureola wyglądała jak zmaltretowany, perwersyjny anioł wyjęty z jakiejś ekstrawaganckiej ikony autorstwa pomylonego artysty. Na podłodze przy brzegu łóżka znalazł bokserki i wciągnął je na tyłek, żeby potem zakryć je jeszcze przetartymi na kolanach dżinsami w stylu kowbojów Marlboro i wyszedł, wyjątkowo ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Przed nim rozciągał się mrok długiego korytarza. Po lewej znajdował się jego pokój, po prawej drugi ( oprócz tego, w którym jeszcze godzinę temu przerobił z Miuccią prawdopodobnie połowę Kamasutry) z pokoi gościnnych, naprzeciwko widniały drzwi do starego pokoju jego matki, a w głębi łazienka zawsze pachnąca cytrusami i świeżością. Lubił dom swoich dziadków, azyl i znaną mu od dzieciństwa (a co za tym idzie od burzliwego czasu rozwodu rodziców) oazę spokoju, którą teraz bezczelnie, z pełną premedytacją zamieniał w świątynię rozpusty.
Schody zatrzeszczały gdy znajdował się na półpiętrze, potem jeszcze raz, gdy stawiał stopę na ostatnim stopniu. W tym domu, gdy kilkanaście kipiących rodzinnym ciepłem metrów jego dziadkowie spali spokojnie pod ciepłą pierzynką nieświadomości jego umysł zawsze wracał do stanu, który świetnie pamiętał jeszcze z pierwszych lat życia, gdy babcia przyłapywała go, zaczajonego za kaflowym piecem i wyjadającego nitki świeżo zagniecionego ciasta, od którego nie mógł się oderwać, a po którym zawsze rzygał pół nocy dopóki w końcu nie zasnął z wycieńczenia.
Wyszedł przed dom. Chwilę stał w cieniu okazałego platanu, z którego w końcu wyrwały go dwa, szemrzące kilka metrów dalej chłopięce głosy.
- Battista? – uniósł brew, zadziwiając samego siebie gejowskim brzmieniem tego skrótu. Odchrząknął i pociągnął dżinsy. Świadomość, że stoi kilka kroków od nieświadomego jego obecności Giambattisty, podczas gdy jeszcze całkiem niedawno palił jego papierosy będąc przy tym ujeżdżanym przez jego własną siostrę wprawiała go w podniecające zakłopotanie.
- Oscar? – z brunatnego cienia wyłoniła się szczupła sylwetka Giambattisty. Obok niego, na krawężniku przed bramą siedział chłopak, na oko w ich wieku, posępny i złowieszczy z niepokojąco sinymi plackami wokół osnutych mrokiem oczu. Miuccia zapewne powiedziałaby, że z tą białą skórą i czarnymi plamami ciągnącymi się od brwi do kości jarzmowych wygląda jak panda. – Chryste, przestraszyłeś nas. – Oscar poczuł na sobie głodny wzrok Giambattisty i uśmiechnął się, unosząc tylko jeden, prawy kącik ust – Co z Miuccią? Przyłączysz się? Mamy rakiję. Aha, to jest Skandar.
- Skandar? – Oscar zrobił jeszcze dwa kroki i stanął blisko tajemniczego chłopaka. Skandar zadarł głowę i zmierzył go oceniającym spojrzeniem. Koło niego, na krawężniku, stała zatkana ozdobnym szklanym korkiem w trzech czwartych pusta karafka. – Miło mi cię, hm, poznać. – W zasadzie wcale nie było mu miło. Poczuł się zazdrosny.
- Nawzajem – mruknął Skandar i podrapał się w przegub. – Giambattista? Chyba będę się zwijał, mój ojciec prawdopodobnie przygotował już na mnie jakiś jebany harpun.
Giambattista roześmiał się chrapliwie i nieco histerycznie. Mała zauroczona dziwka, pomyślał Oscar.
Skandar rzucił jeszcze na odchodnym, że się odezwie, a najpewniej wpadnie rano, a potem zniknął po
drugiej stronie ronda.
- Skandie Candie, co za kretyn! – prychnął naburmuszony Oscar i wsunął dłonie w kieszenie spodni. Giambattista zrobił zaraz to samo, stając do niego przodem z kpiącym, szerokim uśmiechem.
- Przestań. – rzucił, wchodząc w cień platanu. Tylko czekał aż z jego gałęzi zwiesi się nad ich głowami gadający wąż i zaproponuje im pyszne, czerwone jabłuszko. – Jest może trochę aspołeczny, ale chyba cholernie inteligentny. Wystarczy go trochę upić.
- Jestem zazdrosny. A ty jesteś napalony.
- Na co?
- Na niego!
- Na ciebie.
Oscar boczył się jeszcze chwilę, ale przeszło mu, kiedy Giambattista wyszarpnął niedbale zapięty pasek ze szlufek jego znoszonych spodni.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

4. znajomości zawierane w burzową noc.

środa, 1.lipica.2009, 01:27
Jestem pierdolnięta w ten głupi łeb: www.knew-you-before.mylog.pl

,,,
Malin usiadła do kolacji w czarnej sukience, z włosami podpiętymi dwiema zielonymi wsuwkami z tyłu głowy. Angus Larssen, ojciec Skandara, przygotował wielką miskę sałaty ze świeżymi liśćmi szpinaku, talerz owoców morza i placek z owocami. Ograniczyła się do skubnięcia sałatki, by potem z mieszanymi uczuciami pogrzebać w deserze. Nie czuła się dobrze od momentu, w którym Angus, po przywiezieniu ich z lotniska, otworzył drzwi swojego domu. Sam w sobie dom był piękny, położony między morzem a górami, z winoroślą wpełzającą przez okno do pokoju przydzielonego jej na sypialnię. Angus, którego pamiętała jak przez mgłę z dzieciństwa, również nie zawiódł jej oczekiwań. W kraciastej koszuli, z lekkim brzuszkiem i uśmiechniętą, ogorzałą twarzą wyglądał jak dobrotliwy wilk morski, który po latach żeglugi wybrał życie na lądzie i parę puszek piwa tygodniowo. Może był wymarzonym ojcem, którego nigdy nie miała, ale jego syn, Skandar, okazał się być zdecydowanie braciszkiem wyjętym z koszmaru.
Pernille Hogstern nie była pewna, czy ze swoim nowym mężczyzną (którego znała jednak jeszcze z czasów studiów) podjęli odpowiednią decyzję proponując swoim dorastającym dzieciom wspólne wakacje. Malin zgodziła się z dobroci niewieściego serca (i zapewne przez naiwność i nadzieję na nową, miłą znajomość), Skandar zaś nie miał wyjścia odbywając rodzinną resocjalizację w towarzystwie ojca.
A teraz siedzieli we czwórkę przy długim, drewnianym stole i w milczeniu jedli kolację, której smak odbierało krążące między nimi napięcie.
- Skandar - Angus Larssen zaryzykował i szturchnął syna w ramię. – Naprawdę nie pamiętasz Malin? Bawiliście się ze sobą w dzieciństwie, to musiało być ze trzynaście lat temu…
- Nie. – Skandar brutalnie przedziabał Bogu ducha winną krewetkę na pół (całe szczęście, że była już martwa) i przesunął ją na brzeg talerza. Pod stopami naburmuszonego gówniarza (bo takie właśnie zdanie miała już o nim biedna, zatroskana Malin) kłębiła się brzmiąca jękliwymi nawoływaniami chmara wygłodniałych dachowców czekających na jeden przychylny ruch Skandara i jakiś smakowity kąsek lądujący pod ich nosami prosto z jego talerza.
- Malin, ty na pewno coś pamiętasz – spróbował z nadzieją Angus.
- Tak – Malin skinęła głową i niepewnie podniosła wzrok znad talerza – Coś mi się przypomina.
Angus znajdował się już w kategorii „Fajny facet dla mojej matki”, podczas, gdy jego dom wylądował w „Raj na ziemi”, a kraciaste koszule znalazły swe miejsce w przegródce podpisanej „Zupełnie zabawne”. Po pięciu godzinach, jakie spędziła w domu Larssenów, teraz już tylko sam Skandar nie miał w jej głowie własnego miejsca. Zaczynała się martwić.
Zarówno Angusa jak i Skandara poznała w dzieciństwie, już po odejściu jej własnego ojca, ale jeszcze zanim zaczęły się te problemy z klasyfikacją wszystkich zjawisk. Obydwu ledwo mogła sobie przypomnieć, gdzieś pod powiekami migały jej czasem tylko karmelowe w kolorze włosy chłopaka, jego dziecięcy śmiech, promienie słońca. Z tego co mówiła jej matka, Angus był wtedy jeszcze przed rozwodem, ale jakoś jego żony nie mogła sobie przypomnieć.
Dbając o szczęście matki, nie miała nic przeciwko jej związkowi z tym mężczyzną (który wydawał się być dobrą partią na okres jesieni życia, chociaż może ten jego brzuszek wyglądał jak odległy zwiastun zawału albo problemów z cholesterolem). Ale Skandar Larssen, jakkolwiek pięknym i pasującym do jej wizji wakacyjnego romansu z trudnym młodzieńcem nie był, zaczynał już ją męczyć. Od ich przyjazdu jedynymi słowami, jakie usłyszała z jego wąskich ust były „nie”, „cześć” i „idę do siebie”.
Starała się uśmiechać, mimo, że kawałek koktajlowego pomidorka i listki rukoli podchodziły jej już do gardła. Skandar za to siedział, zsunięty wygodnie na sam brzeg krzesła i kręcił czerwonym winem w kieliszku z bardzo cienkiego szkła.
- Naprawdę nic? To przecież niemożliwe. Wydawało mi się wtedy, że bardzo się lubiliście! – Angus spróbował po raz kolejny.
- Nie. – Skandar złożył sztućce na talerzu. Malin nie była pewna, czy chodzi mu o to, że nic nie pamięta, czy o to, że jej nie lubił. Wyjątkowo mocno uszczypnęła się w udo na myśl, że mogłoby jej na tym zależeć.
- Dolać ci jeszcze wina, Skandar? – matka Malin uśmiechnęła się z lekkim zakłopotaniem, próbując nawiązać kontakt z tym wrednym gnojkiem. Malin przewróciła zmęczonymi oczami. Jezu, nie mają nic innego do roboty?
- Nie.
- Nie?
- NIE.
- Skandar, grzeczniej! – Angus nachylił się w stronę syna z nieznanym jeszcze Malin grymasem na najwyraźniej nie golonej od trzech czy czterech dni twarzy.
- Nie. – Skandar posłał Malin kpiący uśmiech i wstał, porywając ze stojącej pod ścianą szafki paczkę papierosów. Malin miała wrażenie, że z domowników zajmujących miejsce przy stole tylko ona to zauważyła (nie miała jednak zamiaru skarżyć, po pierwsze z przyzwoitości, a po drugie ze strachu, że Skandar mógłby ją za to udusić we śnie).
Zemdliło ją gdy trzasnął drzwiami.

-Jezu Chryste, Boże, mój Panie! – Miuccia wyciągnęła się w wygodnym, wiklinowym fotelu i szczelniej okryła kocem. To był dziwny wieczór, jeden z tych, które mimo duchoty przyprawiają o gęsią skórkę.
Giambattista pochrapywał cicho, wyłożony na szerokiej ławie ustawionej pod ścianą domu. Oscar palił drugiego skręta z rzędu i od dwudziestu minut milczał, czekając aż Miuccia wyrazi w końcu swoją opinię na temat wierszy, które jej pokazał.
- Co? – mrugnął jednym okiem i zakręcił resztą coli w wysokiej szklance z nadzwyczaj cienkiego szkła.
- Wpierdoliłeś tutaj tyle epitetów – Miuccia zmarszczyła profesjonalnie wyskubane brwi i spojrzała na niego ze zdumieniem – Że nic nie rozumiem. Chryste, Oscar, to naprawdę piękne.
Patrzyli na siebie przez chwilę, a potem obydwoje spojrzeli na Giambattistę, który właśnie, z zielonym tiszertem podciągniętym do połowy brzucha, przekręcał się nieporadnie na drugi bok.
Miuccia zachichotała, a Oscar wrzucił niedokończonego skręta do szklanki. Było tak cicho, że mogli usłyszeć samochody przemykające szosą odległą od nich o dwa kilometry. Morze mruczało spokojnie. Miuccia rozkopała koc.
- Pieprzysz. – Oscar założył nogę na nogę i oparł się kościstymi łokciami o szklany blat stołu, który kiedyś służył w jego pokoju jako biurko.
- Nie wiem już o czym mówisz! – przyznała z uśmiechem i wstała, podchodząc do balustrady. Za jej odsłoniętymi przez biało różową plażową sukienkę plecami rozciągała się poczerniała nocą ściana gór. Przed twarzą miała szemrzącą falami pustkę.
-O mojej poezji, Miuccia. – Oscar naburmuszył się któryś już raz tego dnia i splótł ze sobą dłonie o długich, szczupłych palcach.
- A, no tak! – Miuccia potrząsnęła głową i zapaliła papierosa, żeby po chwili odwrócić się przodem do swojego brytyjskiego towarzysza oraz zatopionego w sennych marzeniach brata. – Tak, Oscar, no więc na czym to stanęliśmy? Chyba mówiłam, że to piękne, czyż nie?
W swoich gestach, uśmiechach, urywanych spojrzeniach i co sekundę się zmieniającym tembrze głosu była tak niesłychanie dystyngowana, w ten fantastycznie i zaskakująco bezpretensjonalny sposób, że Oscar wprost nie mógł oderwać od niej wzroku. Mimo, że ani ona, ani jej uroczy braciszek niespecjalnie zmienili się przez ten rok, Oscar miał wrażenie, że ich magnetyzm jeszcze się nasilił, że z metalicznych opiłków zmienili się w dwa potężne magnesy między którymi krążył, co jakiś czas boleśnie obijając sobie kolana lub kość ogonową.
Miuccia o palała się w ten podniecający, brudny sposób, pachniała słońcem, olejkiem do opalania i owocowymi drinkami. Oscar zrobił parę kroków, pełną równowagę łapiąc dopiero przy czwartym z kolei.
Opierając się o barierkę tarasu wyglądała jak wyjęta ze stron katalogu o niepodległej modzie. Jasna sukienka kontrastująca z jej skórą (jeszcze ciemniejszą w nikłym świetle) marszczyła się na potwornie seksownych biodrach, odsłaniając szczupłe nogi, którymi mógłby się opleść w pasie nawet w tamtej chwili i, cholera, przelecieć tą swoją małą, słodką przyjaciółkę w ekspresowym tempie nawet przy jej uroczym, śpiącym braciszku, na którego także, swoją drogą, miał niezłą ochotę.
- Hm? – mruknął, stając za nią, zdecydowanie za blisko jak na przyjaciela i zbliżając usta do jej odsłoniętego karku. Kosmyk platynowych włosów połaskotał go w nos. – Hm?
- Oscar. – Miuccia westchnęła i przechyliła się przez barierkę. W dole coraz silniejsze fale biły o ostre skały. Zabłąkana mewa przefrunęła parę metrów od ich twarzy. - Co ty na to?
- Na co? – trzymał już dłonie na jej talii, zastanawiając się, czy zrzuci go na skały jeśli rozwiąże teraz sznureczki jej góry od bikini.
- Żebyśmy się przeszli.
- Tak. – rzucił okiem na przeciągającego się przez sen Giambattistę - Chodźmy się przejsć.

Musiał spać ze trzy godziny.
Obudził się spocony, z koszulką podwiniętą na samą cherlawą pierś. Noc była koszmarnie duszna, zwiastowała burze i liczne zawały u osób, które przekroczyły siedemdziesiątkę albo zdrowe BMI i były szczęśliwymi posiadaczami otłuszczonego serca.
Weranda, na której zanim zasnął mógł sobie popatrzeć na Miuccię i Oscara debatujących na tematy związane z życiorysem Lyncha, hodowlą mewek japońskich i sposobami parzenia herbaty była teraz zupełnie pusta i wyglądała dość upiornie oświetlana tylko błękitnawym światłem wypalających się świec.
Podniósł się z ławy, służącej mu jeszcze chwilę wcześniej za łóżko i wyciągnął z tylnej kieszeni spodni zgniecioną paczkę papierosów. Czuł się mniej więcej tak, jakby czaszka miała mu się zaraz rozpęknąć na dwa. Oblizał spierzchnięte wargi i przeklął przed nosem. Wychylił się przez balustradę; Miucci i Oscara ani śladu. Zastanawiał się w którym momencie jakaś magiczna siła ściśnie go w kostkach i wyciągnie za barierkę, pozwalając jego ciału roztrzaskać się na widelcach skał.
Przez chwilę wyobrażał sobie Miuccię i Oscara uprawiających dziki seks w jego sypialni (albo w kuchni, spiżarce, saunie, jednym z dwóch pokojów gościnnych, salonie – chociaż to byłoby chyba zbyt jawne, czy schowku na miotły), lub szykujących na niego śmiertelną pułapkę, jednak zaraz odpędził te mroczne wizje machnięciem dłoni i uznał, że potrzebuje zaczerpnąć świeższego powietrza (bo to przesiąkło już wonią alkoholu, skrętów i jego własnego dezodorantu).
Z ganku udał się w lewo, przemknął się pod zachodnią ścianą domu i wyszedł przez ogrodową furtkę. Dom państwa Harvey’ów, dziadków Oscara, mieścił się w sercu maleńkiego luksusowego (i chronionego dwadzieścia cztery godziny na dobę) osiedla domów jednorodzinnych, z których przynajmniej połowę zamieszkiwali obcokrajowcy. Osiedle przecinały wąskie ścieżki, z których niektóre kończyły się nagle jedynie metalicznie błyszczącą barierką oddzielającą ląd od przepaści, inne docierały do ślepych zaułków pod skalną ścianą, a pozostałe dochodziły do placyku, na którego środku, w serduszku zadbanego trawnika tkwił potężny, niezdrowo pokrzywiony platan.
Oscar usiadł na krawężniku ograniczającym trawnik i zapalił papierosa.
Nad jego głową brzęczały cykady; najchętniej wszystkie by je wyciągnął i rozsmarował na brzegu krawężnika czyniąc z niego miniaturową ścianę płaczu.
Na drugiej stronie ulicy, po zewnętrznej stronie kamiennego muru ogradzającego dom pana Larssena (który często pomagał dziadkom Oscara wyręczając ich w zakupach gdy wybierał się na rynek) stał chłopak, zapewne jego rówieśnik i nerwowo palił papierosa. Giambattista doskonale znał ten sposób palenia, sposób, który mówił „moi rodzice zaraz się zorientują, że zatruwam sobie płuca’. Chłopak oparł się o mur, papieros tlił się w ciemnościach. Ukrył twarz w dłoniach.
- Cholera. – Giambattista przemknął na drugą stronę ulicy – Chyba nie płaczesz, co? – W zasadzie wcale by się na los nie obraził, gdyby akurat teraz zrzucono mu słodkiego chłopca nie mogącego się wyrwać z sideł załamania nerwowego. Chłopak podniósł głowę.
- Nie?
- A, to dobrze. – Giambattista wzruszył ramionami i strzelił papierosem na drogę – Jestem Giambattista.
- Super. – Chłopak nie podał mu ręki, nawet na niego nie spojrzał. Mimo to młody Marconi świetnie widział jego ciemne oczy, wyraźnie zarysowane kości policzkowe i pieprzyk w lewym kąciku ust. Nie był w jego typie, ale przynajmniej stanowił jakiekolwiek towarzystwo podczas, gdy jego siostra zapewne właśnie po raz któryś rozkładała nogi przed facetem, na którego naprawdę leciał. Zapadła cisza, podczas której intensywnie wlepiał się w nowego towarzysza. – Chryyste – fuknął tamten. Giambattista uniósł lewą brew.
- Ładne imię.
- Kurwa, dobra. Skandar Larssen.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

3.intryżki na skałach.

poniedziałek, 22.czerwca.2009, 00:35
Musicie zobaczyć 'o mnie' ukryte pod 'boska'. Stworzycielem całej tej pięknej formy, która radośnie tam egzystuje jest Basia, mój idol i władca mego serca.

...

Graeme wyszedł spod prysznica i owinął się mięciutkim, białym hotelowym ręcznikiem. Na spierzchniętych wargach ciągle jeszcze czuł słony smak morskiej wody. Od początku swojego pobytu w Dubrovniku każdego ranka wchodził do morza, w zależności od godziny o której wstał o szóstej trzydzieści, siódmej, albo dziewiątej dwadzieścia, by intensywnie pływać przez pół godziny, a potem wrócić do pokoju, wskoczyć pod prysznic, założyć swoją lekką, letnią wersję garnituru, zjeść szybkie śniadanie w hotelowej restauracji i ruszyć do pracy. Mało spał i jeszcze mniej jadł, palił za to dwa razy więcej niż zwykle, jednak przyjął, że poranna sesja półgodzinnego wysiłku fizycznego pomoże mu zachować w miarę przyzwoitą kondycję fizyczną, a nawet wrócić do formy, w której kiedyś się znajdował.
W hotelu nie czuł się odosobniony. Przez hol, liczne korytarze i poszczególne kondygnacje, przez bar, dwie restauracje i nagrzane od słońca dróżki przecinające płaty terenu na którym znajdował się hotel niemal bez przerwy przewijali się przedstawiciele jego gatunku. W zależności od płci w drogich, idealnie dopasowanych garniturach, jasnych koszulach z krótkim lub długim rękawem, eleganckich, lekkich butach, w krawatach lub bez, albo też w rewelacyjnie dobranych kostiumach, przewiewnych acz gustownych sukienkach i zapewne horrendalnie drogich butach po terenie hotelu przechadzali się, przebiegali lub też przemykali ludzie, wśród których czuł się jak swój. Zuniformizowani, genialnie wytresowani przez system. Niezależnie od wieku z takimi samymi minami, wargami zagryzionymi w ambicjonalnej gorączce. Teczki i notatniki pod pachą, długopisy w bocznych kieszonkach. Kiedyś był poetą- z wymiętymi notatnikami w dłoni i długopisami za uchem przechadzając się wolno lewym czy prawym brzegiem Sekwany; (nieważne), nigdy by nie pomyślał, że stanie się jednym z nich.
Przy wejściu do hotelowej restauracji w której serwowano śniadanie wylegitymował się kluczem z numerem czterysta siedemdziesiąt jeden, zjadł płatki kukurydziane z suszonymi owocami, jogurt naturalny, kromkę chleba z serem i piklami, kawałek ananasa i pół jabłka- być może jedyny posiłek tego dnia; popił podwójną kawą. Wyszedł, zdjął marynarkę, przewiesił ja przez ramię. Było koszmarnie gorąco, ani odrobiny wiatru. Przygładził włosy, miał jeszcze trochę czasu – taksówkę zamówił dopiero na dziesiątą. Minął jeden basen, potem drugi, trzy zejścia do morza, kilku turystów opalających się na hotelowych leżakach. Wszystko to śmierdziało straszną kasą, te piękne kostiumy kąpielowe, gładkie ciała, drogie drinki z samego rana.
Przechadzając się brzegiem morza wypalił dwa papierosy i nagrał się zapewne jeszcze śpiącej Luelle na automatyczną sekretarkę. Potem zauważył cztery smukłe cienie, z których jeden chyba się śmiał, a drugi machał do niego, wyciągając szczuplutkie, gładkie i opalone ramię.

Podczas gdy ojciec robił obchód okolicy, a matka odsypiała wczorajszą intensywną, trwającą aż do dwudziestej trzeciej naradę związaną ze sprawą Alko Korschunovica który sam już nie wiedział, czy zamordował swoją żonę i trójkę dzieci, czy też nie, Sonia siedziała na jednej z obetonowanych skał i walczyła z rosnącym uczuciem głodu. Na kolanach rozłożoną miała jakąś grubą książkę, może Dostojewskiego albo Antologię Poezji Francuskiej, a może jednak słownik rosyjsko-francuski czy też materiały powtórzeniowe z chemii, włosy związane w rozpadający się koczek, opadający na jej kark, przeciwsłoneczne okulary na zaskakująco francuskim nosie i mętlik w głowie. Nienawidziła tego uczucia samotności, które opuszczało ją tylko na chwilę (gdy siedziała z rodzicami w jednej z lepszych restauracji albo odpisywała na maile trzech tęskniących przyjaciółek, które już za tydzień miały o niej zapomnieć i zacząć pisać coraz rzadziej).
Szukała inspiracji. W swojej desperackiej adolescencyjnej twórczości nigdy nie napisała niczego chociaż trochę godnego uwagi, nie dokonała żadnego heroicznego czynu, nie uczyniła też zbyt wielu rzeczy dla ludzkości, ani nawet nie zrobiła w swym marnym żywocie niczego tak idiotycznego, że z miejsca zostałoby to wpisane do kanonu najważniejszych wydarzeń dwudziestego pierwszego wieku. Chciała emocji, chciała czystego piękna, cichego bohaterstwa (lub takiego przy którym jej twarz umieściliby na banknotach a nazwisko w tatuażach), chciała wielkiej miłości i wielkiej śmierci („Soniu Strelnikov, moja cudowna, mała Rosjaneczko” – mówiłby on, a ona omdlewałaby w ekstazie by w końcu zemrzeć z cierpienia), podczas gdy miała drogie wakacje, znudzoną minę i świadectwo według którego uzyskała promocję do ostatniej klasy.
Jej ciszę, duszną i męczącą ciszę znudzenia, przerwało ukłucie szpili głośnego, perlistego śmiechu. Uniosła głowę.
Anorektyczna, opalona na perfekcyjnie brzoskwiniowy kolor brunetka o pociągniętych bezbarwnym błyszczykiem pełnych wargach zanosiła się śmiechem. Podparłszy się pod boki kiwała się w przód i w tył targana kolejnymi salwami śmiechu. Jej białą, zdobioną koronkami sukienkę rozwiewał leciutki wiatr, który właśnie zerwał się od morza. Obok niej stała nieco niższa, równie chuda i piękna dziewczyna w brzoskwiniowych szortach i białej górze od bikini. Nieco niżej, na jednej z dzikich skał siedział chłopak o odrobinę ciemniejszym odcieniu tej samej zdrowej opalenizny i coś im opowiadał, kręcąc głową. Jego włosy wydawały się żyć własnym życiem, ciemne i gęste, nieco przydługie na karku, tańczące na nawet tak lekkim wietrze. Wszyscy troje wyglądali jak ze zdjęć promujących najnowsze kolekcje Balmain, zdrowi w tej swojej trupiej chudości, roześmiani i spontaniczni mimo otaczającej ich aury smutku i niezdrowej urody. Cholera, naprawdę chciała być taka jak oni.
- Hej! – Brunetka w białej sukience uniosła w górę obydwie smukłe dłonie i zakołysała biodrami wychylając się do przodu z uśmiechem – Powiedz mu, że jest kretynem!
Sonia rozejrzała się wokoło szukając adresata słów dziewczyny, ale najwyraźniej była jedyną osobą, do której rzeczywiście mogły być one skierowane. Rozchyliła usta. Chłopak siedzący na skale roześmiał się i wstał, odpychając się dłońmi od podłoża. Zrobił kilka dużych kroków i znalazł się przy niej, zagryzając dolną wargę.
- No –podparł się pod boki i zmrużył oczu. Niemal od razu skojarzył jej się z cudowną krzyżówką półboga z ilustracji Mitologii Dla Najmłodszych, w którym kochała się w dzieciństwie a jedną z ekskluzywnych męskich dziwek, które czasami widywała w centrum, tak potwornie brudnych w swojej sterylności. Był piękny. – Powiedz mi, że jestem kretynem.
- Uhm.
- Chryste, obydwoje jesteście kretynami – dziewczyna w szortach, na oko mniej więcej w wieku samej Sonii rozczesała swoje długie, gładkie włosy palcami i podeszła do niej, siadając obok. – Przepraszam za nich – westchnęła z teatralnym dramatyzmem i wzruszyła kościstymi ramionami. Wyciągnęła w jej stronę dłoń, dzwoniąc bransoletkami z białego złota oplatającymi jej nadgarstek – Nazywam się Chloe Laffert, a to moje rodzeństwo, Coco i Kenzo. Naprawdę cię za nich przepraszam.
Była zarazem komiczna i pociągająca z tą swoją dziecięcą buzią i ogromnymi oczami w kolorze hebanu i manierami dystyngowanej damy sprzed kilkudziesięciu lat.
- Chlo – Coco skubała brzeg sukienki – Daj spokój. To było doprawdy żałosne.
- Jakbyś ty nie była żałosna! – mruknęła Chloe bez cienia emocji na ślicznej twarzy. Mimo to Sonia wyczuwała to napięcie, krążące w kółko i elektryzujące jak w czasie burzy, które wytwarzało się między nią, a jej siostrą.
- Ja? Ja jestem żałosna? – Coco wysunęła zaskakująco mocną szczękę do przodu. Miała w sobie coś seksownie brutalnego, jakąś zwierzęcą pasję widoczną w każdym skręcie ciała, w każdym skłonie, w każdym urwanym westchnieniu. Sonia prawdopodobnie znalazła nową idolkę. – Widzisz go? Ja będę miała go pierwsza.– Z godnym profesjonalnego łowcy błyskiem w piwnym oku odwróciła się przez ramię. Zarówno Sonia, Chloe jak i Kenzo zaraz poszli w jej ślady. Teraz cała trójka, a także i skupiony na podpalaniu papierosa młody mężczyzna w białej koszuli, ze stalowoszarą marynarką przewieszoną przez ramię, niczego zapewne jeszcze nieświadomy znajdowali się w jej mocy.
Coco roześmiała się. W ułamku sekundy jej smukła ręka wystrzeliła w górę wbijając się w obraz czyściutkiego, niemal bajkowego nieba.
- Hej! – Coco zsunęła delikatne klapeczki ze stóp – Przepraszam! Poczęstujesz mnie papierosem?
Chłopak spojrzał na nich i, podobnie jak wcześniej sama Sonia obejrzał się, upewniając, czy ta śliczna, porywająca w swym spontanicznym entuzjazmie nimfa Adriatyku na pewno mówi do niego. Biała sukienka załopotała, kiedy Coco w podskokach przemierzała dzielące ich dwadzieścia przeklętych metrów.

W takich chwilach Kenzo naprawdę jej nienawidził.
Wiedział, świetnie wiedział, że robiła to z premedytacją. Z czyściutkim zamysłem, który w ułamku sekundy zrodził się w jej przeklętej głowie. Ukryty wśród zlepionych morską wodą i czystym powietrzem włosów rósł przez tą chwilę, żeby setny raz w ciągu godziny złamać mu serce. Jego dwie cudowne siostry i on, tak potwornie śliczny i nieszczęśliwy na tych skałach bogaczy. To był chory, potwornie chory układ. Coco zawsze ustawiała poprzeczkę, a Chloe zazwyczaj nie mogła jej pokonać – on za to był niemym obserwatorem, czasami śmiejący się w głos ze starań sióstr ( a czasami płaczącym w kącie, szczelnie osłonięty ciężkimi zasłonami koloru purpury). W ten sposób bawili się od małego. Najpierw chodziło o cukierki, o podziw kolegów z brylantowej piaskownicy, potem o wsparcie matki, (aż do jej tragicznej śmierci) nieobecnej i zamyślonej w dziewięćdziesięciu czterech procentach przypadków, potem o tych pięknych chłopców i ich śmieszne bójki, o sławę, o adorację, o podziw.
Tacy już byli; trójka pięknych hybryd zrodzonych z dziecięcych kosmetyków limitowanych serii YSL i pieluszek z pachnącej makami tetry haftowanej w ich inicjały.
Ale koszmar, jego prywatny koszmarek w tych wszystkich ślicznościach i bibelotach trwał dopiero od trzech lat (tak krótko, powiedziałbyś), kiedy zaczął ją traktować jak SWOJĄ, a przecież nigdy nie mogłaby być jego.
Kpiła z niego, także teraz, specjalnie podpalając sobie końcówkę niesfornego kosmyka włosów i śmiejąc się tak potwornie pięknie i zaraźliwie prosto w tą zblazowaną twarz starszego od niego samego o pewnie siedem czy dziesięć lat młodego rekina biznesu, który pochłaniał ją wzrokiem od jasnych stóp przez wąskie biodra i dwie jasne półkule drobnych piersi ukrytych pod sukienką aż do długiej szyi i wysokiego czoła. I po chwili stał już obok nich, gapiąc się także na Chloe i na tą słodką, chociaż trochę szeroką w tyłku brunetkę którą jeszcze sekundę wcześniej Coco próbowała zaplątać w jedną ze swoich maleńkich intryżek.
- Kenzo, mój drogi braciszku? – Coco objęła go za szyję i ucałowała w policzek wystudiowanym gestem godnym czystej, bratersko-siostrzanej miłości (chociaż pół godziny wcześniej jękliwie błagała, żeby nie przestawał jej, „oh tak, Kenzo, oh tak!” pieprzyć) – Chyba nie miałeś jeszcze okazji poznać Graeme.
- Nie, w istocie. – Kenzo ściągnął i tak już wąskie wargi tak, że stworzyły tylko cienką malinową kreskę przecinającą jego jasną twarz – Cześć, Graeme.
Tak, tym właśnie był. Małym wytresowanym pieskiem na usługach swojej oszałamiająco pięknej siostry, „Cześć Graeme, tak, Graeme, nie, Graeme, nie, Coco, tak, Coco, tak, Coco, tak” – zrobiła z niego więźnia swoich lędźwi, a on naprawdę nie mógł przestać, chociaż teoretycznie miał taką możliwość nadzwyczaj często.
Więc teraz piękny Graeme w szytym na miarę garniturze przedstawiał się jego młodszej siostrze oraz tej miłej dziewczynce, która, jak się okazało, miała na imię Sonia i potwornie się nudziła, a on sterczał między nimi i chciał rzygać, chciał wyrzygać serce i mózg i zarzygać cały swój chorutki wszechświat stworzony z ekstatycznych jęków Coco.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

2. pięknych i zblazowanych ciąg dalszy.

wtorek, 16.czerwca.2009, 00:40
ale zanim zanim, dziękuję strasznie siostrzyczce ray za piękny szablon oraz składam pokłony cioci basi, która po raz kolejny ratuje mi tłustawy tyłek. i zapraszam do 'o mnie', które na dniach powinno się pojawić. mam nadzieję ; d.

...
Sonia Strelnikov wyrwała zębami prującą się nitkę swojej fioletowej sukienki i założyła nogę na nogę. Wyobrażała sobie cień tańczący w zmarszczkach jej cellulitu, będąc przy tym zbyt przerażającym by na niego patrzeć. Nie mogła patrzeć też na wodę mineralną i owoce, na których utrzymywała się przy życiu od tygodnia. Ani na swoje grube kostki. Ani na tych pięknych ludzi, cudownych i chudych, lecz aż rażących swoją naturalną, czekoladową opalenizną, którzy, jakby w tajemnej zmowie, przechadzali się deptakiem tuż przed jej nosem. Wśród tłumów turystów nie brakowało też rzecz jasna grubych Niemców pokrzykujących od czasu do czasu z chrapliwym, gardłowym akcentem, ale na tych jakoś udawało jej się przymykać pociągnięte fioletową kredką oko. Matka już drugą godzinę zbywała ją smsami w których co chwilę przekładała ich spotkanie o kolejne piętnaście minut, a ojciec koło piętnastej wybrał się na spacer po porcie i chwilowo słuch o nim zaginął. Tak więc Sonia siedziała na słupku do cumowania łodzi i zlizywała roztapiające się cytrynowe lody z chłodnej ręki na którą uparcie spływały. Z trudem przełknęła. Mimo swoich ekologicznych zapędów miała ochotę wywalić loda do wody, a potem pójść w jego ślady i dokonać żywota na oślizgłych od glonów skałach, rozciągających się zdradliwie metr pod wodą.
Postanowiła wykorzystać te wakacje twórczo i schudnąć, oraz raz w życiu porządnie się opalić, lub, jeśli by się to nie udało, ostatniego dnia pobytu popełnić rytualne samobójstwo rzucając się w ponure morskie odmęty.
Nie miała słowiańskiej urody. Żadnych warkoczy w kolorze pszenicy i błękitnych oczu o kształcie migdałów. Nie gustowała też specjalnie w zwiewnych sukienkach i fartuszkach. I nie umiała śpiewać wzruszających pieśni o ojczyźnie, rewolucjach i pięknych krajobrazach. Z rzeczy czysto rosyjskich został jej akcent, nazwisko i zamiłowanie do wódki, z tym, że na ogół nie piła jej w trakcie ludowych biesiad, a na dusznych imprezach, z których wychodziła pierwsza w przeświadczeniu o swojej beznadziejności.
Na horyzoncie mignęła jej matka, w leciutkim gołębim kostiumie, z marynarką przewieszoną przez rękę. Pod pachą miała teczkę pełną dokumentów, nad którymi pracowała z pewnym młodym, ambitnym prawnikiem, który dwa dni wcześniej przyleciał do niej z Francji. Oksana Strelnikov, matka Soni udzielała konsultacji psychologicznych w procesach groźnych zbrodniarzy i teraz, w sprawie pewnego chorwackiego seryjnego mordercy miała prowadzić rozmowy z kilkoma innymi specjalistami, tak jak i ona zaangażowanymi w jego oskarżenie. Zdecydowała się więc połączyć pracę z wakacjami, fundując je jednocześnie swojej zakompleksionej córce i mężowi, który już na pół roku przed wyjazdem nie był w stanie mówić o niczym innym niż port w Dubrovniku.
A Sonia? Sama Sonia bawiła się miernie, zatopiona w sidłach niskiej samooceny i ogłupiona głodem wysokokalorycznego jedzenie i czysto cielesnej miłości.

Z błękitnymi obłoczkami papierosowego dymu nad głową, które swym sinym kolorem korespondowały z niepokojąco trupią barwą jego warg, Skandar Larssen bynajmniej nie wyglądał jak zdrowy młodzieniec w sile wieku, chociaż na to wskazywały wszystkie badania, jakie przeszedł w ostatnim czasie. Psychiatra orzekł, że Skandar zdecydowanie nie należy do psychicznie najzdrowszych z młodych mężczyzn, z jakimi zdarzało mu się pracować, aczkolwiek jego stan, jakkolwiek ciężki, nie wykazuje też potrzeby przyjmowania przez niego leków psychotropowych. Skandar wziął kwitek z diagnozą, zmiął go w szczupłe dłoni i wcisnął na dno tylniej kieszeni wiśniowych tamtego dnia rurek i wrócił do domu, w którym spakował walizkę, przespał trzynaście godzin, zjadł śniadanie i z którego wyszedł, biorąc taksówkę na lotnisko.
A teraz siedział na tarasie w letnim domu swojego ojca i, wykorzystując jego nieobecność, w pośpiechu palił trzeciego już z rzędu papierosa, czując, jak zjedzona rano resztka wczorajszej pizzy podchodzi mu do zaciśniętego gardła.
Pobyt u ojca miał być formą terapii, czymś, co go uzdrowi i pozwoli mu wrócić do normalnego życia.
Nikt jednak go nie uprzedzał, że rozkoszne wakacje u beztroskiego i średnio odpowiedzialnego rodziciela spędzał będzie w towarzystwie jego nowej kobiety. I jej córki.
Teraz więc Skandar stopniowo przygotowywał się na najgorsze, czekał na apokalipsę i wybuch prywatnej bobmy nuklearnej. Miało być tak, jak w serialach o ojcowskiej miłości. Mieli pływać w morzu, żeglować i skakać do wody z wysokich skał, jeść całymi dniami ryby popijane miejscowym piwem o nazwie pełnej liter z dziwacznymi akcentami nad lub pod. Tymczasem teraz czekał, ubrany jedynie w długi, acz zaskakująco lekki, niebiesko biały sweter w którym wyglądał jak homoseksualny artysta lat siedemdziesiątych na powrót swojego ojca z lotniska – na powrót z tymi dwiema kobietami, których nie znał i nie chciał poznawać.
Jego cudowne, przesycone słońcem wizje, które snuł nawet w samolocie w drodze do ojca, teraz okazały się jeszcze mniej realnymi niż sam się spodziewał. Nie było słodkich winogron, wspólnej żeglugi, imprez na piaszczystej plaży (najwyraźniej niewystarczająco wczytał się w przewodnik bo do ostatniej chwili był przekonany, że na chorwackich plażach naprawdę jest złocisty, karaibski piasek) i męskich rozmów w ramach nadrabiania strat z siedmiu lat, w czasie których widział się z ojcem tylko dwa razy.
W dodatku jego rzekomo bezprzewodowy Internet okazał się być jednak przewodowym i teraz Skandar tkwił tu, uwięziony w cieniu kwitnącego na biało krzewu, w ślicznej klatce z ograniczeniem z wygiętych prętów balustrady nawet bez możliwości zabukowania sobie powrotnych biletów do Danii.

Czasami potwornie nienawidziła swojego rodzeństwa.
Nienawidziła uczucia wykluczenia. Nienawidziła piekących policzków i zaciskania pięści, nienawidziła tupać i żalić się opiekunkom, że oni znowu nie chcą się z nią bawić, że znowu mają przed nią te swoje sekrety, że znowu wyrzucają ją z pokoju i straszą jednookimi piratami. Nienawidziła tego tak bardzo, jak ich piękna. Mimo, że niespecjalnie odstawała od przyjętego w ich rodzinie genetycznego wzoru wysokich brunetów i brunetek o jedwabistych włosach, idealnych figurach, pełnych ustach i gładkich policzkach, zawsze wiedziała, że jej brat i siostra zostali obdarowani pewnym specjalnym rodzajem magnetycznej siły. Siły, którą miała jej matka, dopóki trzy lata wcześniej nie odebrała sobie życia w pewnym zadymionym hotelowym pokoju (chociaż nawet po śmierci jej wspomnienie przyciągało, nie rozmywało się, ściskało za kostki coraz mocniej), a której jej samej los oszczędził.
Mimo swojego piękna, którego była w pełni świadoma, zawsze czuła, że jest podróbką. Idealną, rewelacyjną podróbką, która jest w stanie zmylić swą doskonałą urodą nawet najdokładniejszych obserwatorów, ale zawsze. Makietą ideału. A ona wolałaby, po stokroć wolałaby należeć do grupy tych cudownych diamentów – nawet jeśli jeszcze nieoszlifowanych, do których z całą pewnością należało jej rodzeństwo.
Teraz kiwała się na wysokim barowym stołku w hotelowym barze, z którego widok rozciągał się na morze. Na środku błękitnej płachty delikatnych fal majaczyła skalista wyspa z bajkową latarnią morską. Środkiem nieba śmigały rozwrzeszczane mewy. Chloe westchnęła głęboko i poprawiła zagięcie brudno różowej sukienki odsłaniającej kawałek jej chudych, jasnych ud. Z dobraną pod kolor sukienki wstążką w gęstych, ciemnych włosach, z delikatnymi łańcuszkami białego złota oplatającymi jej szczupłe przeguby i w delikatnych sandałkach na korku, sącząc słodkiego drinka przesyconego kokosowym smakiem idealnie wpasowywała się w ten klimat. za cenę jej bielizny przez tydzień żywić mogłoby się jakieś aborygeńskie plemię. Trzech ważnych w świecie mody projektantów miało jej zdjęcia w salonie. Czuła głodne spojrzenia zamożnych panów po czterdziestce, ześlizgujące się z jej odkrytych pleców na część lędźwiową. Biała plama drinka na szczupłej nóżce kieliszka, podrobiony podpis ojca pod trzema pozycjami na rachunku, koniec czarnej słomki znikający pomiędzy wiśniowymi wargami. Ot, znudzona bogata panienka trwoniąca czas na lekkim flircie z barmanem w błękitnym polo. Idealna twarz, idealny senny uśmiech, półprzymknięte powieki.
Chloe westchnęła po raz drugi. Dawno nie czuła się aż tak nie na miejscu.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

1. młodzi, piękni i zdeprawowani.

sobota, 30.maja.2009, 12:33
Chorwacja mnie inspiruje, powinno być przyzwoicie. Dajcie mi chwilę, na razie się rozgrzewam.
Ahaa, ten szablon to tylko przejściówka, szukam/czekam na lepszy. Gdyby ktoś chciał mi zrobić, hu hu, przyjmę z otwartymi ramionkami!

Malin Hogstern zostawiła matkę przy dziale z kosmetykami i ruszyła do lotniskowej łazienki. Otworzyła drzwi, omiotła jasne, sterylne pomieszczenie wzrokiem i oparła się o blat z wbudowanymi umywalkami. W niektórych lśniły kropelki wody. Odwróciła się i oparła tyłkiem o brzeg blatu, posyłając niepewne spojrzenie szeregowi kabin. Westchnęła, natychmiast zaliczając łazienkę do „Znośne, ale nie zachwycające”.
Malin od dziecka miała skłonność do grupowania wszystkich rzeczy i zjawisk z jakimi przyszło jej się kiedykolwiek spotkać. Odruchowo tworzyła sobie w styranej główce odpowiednie przegródki – ładne, średnio ładne, nieładne, smaczne, znośne, niesmaczne, potrzebne, niepotrzebne, do przyjęcia, nie do przyjęcia… Pierwszy raz takiej, wyjątkowo dokładnej jak na dziecko segregacji dokonała jeszcze w przedszkolu, już pierwszego dnia dzieląc swoich kolegów i koleżanki na fajnych, do zniesienia i nie do zniesienia. Co gorsza było to niezależne od niej i jeśli już raz dokonała takiej segregacji, nieważne, ludzi czy ciastek z kremem, nie była w stanie zmienić później zdania.
Pernille Hogstern, zatroskana matka Malin robiła wszystko, by jakoś pomóc swej „ograniczonej” (jak opisywała to większość specjalistów) córce. W ten sposób Malin, wykazująca się wielką ilością najróżniejszych talentów i nieprzeciętną jak na swój wiek inteligencją do osiemnastego roku życia zaliczyła dziesiątki różnych badań neurologicznych, cztery różnorodne terapie indywidualne, trzy sesje z hipnotyzerem i zupełnie komiczne, nieudane próby poddawania jej aromaterapii.
Żaden lekarz nie wiedział jak jej pomóc – tym bardziej, że sama Malin nie wyrażała większej chęci współpracy. Po pierwszej wizycie u psychologa dostała całą masę skierowań, niektóre z nich od razu wyrzucając do kosza.
Malin swoje życie zaliczała do „Ciekawe, ale nie fascynujące”, matkę do „Cudowni ludzie, których kocham, ale którzy czasem doprowadzają mnie do pasji”, przyjaciół do „Banda idiotów, bez których nie mogę żyć”, dalszą rodzinę do „Banda idiotów, bez których świetnie bym sobie poradziła a siebie samą do „Nudne i niepotrzebne”.
Jej mózg, jak mówili wszyscy mądrzy specjaliści pobierający minimum pięćdziesiąt euro za konsultacje, może tego kiedyś nie wytrzymać. Niektórzy nazywali jej schorzenie osobliwym przypadkiem nerwicy natręctw, inni powolnym wstępem do schizofrenii. Robili jej testy z miliardami różnych liczb, kazali dodawać, odejmować, mnożyć, dzielić i potęgować, a potem stwierdzili, że jej choroba nie zwiastuje geniuszu z przedmiotów ścisłych na co mogła rzekomo wskazywać. Malin nie czuła się za to specjalnie nienormalna, a już na pewno nie tak, jakby miała tylko czekać na objawienie się schizofrenii. Chociaż może właśnie to przeświadczenie było jej objawem.
Prychnęła na drzwi do kabin, poprawiła grejpfrutowy błyszczyk na wąskich ustach i wyszła, kształt klamki zaliczając do grupy wyjątkowo ładnych, zaraz obok swoich nowych butów i tego miłego chłopca, która widziała rano z taksówki, gdy jechały z mamą na lotnisko.




W porannych promieniach zamglonego słońca pościel rozłożona na małżeńskim łóżku w pokoju numer sześćset dwanaście miała trupi, błękitnawy odcień wpadający w szarość przy zagięciach. Spomiędzy utworzonych przez nią fałd wyłaniała się opalona, smukła dziewczęca łydka.
Coco leżała w łóżku zupełnie naga, popalając leniwie odrobinę wygiętego camela. Kenzo siedział na podnóżku, który przesunął sobie od fotela do łóżka i przyglądał się jej wystającej łopatce, mając wrażenie, że od białej, gładziutkiej kości kryjącej się pod skórą dzieli go nie cały bogaty zestaw komórek tworzących tkanki i tkanek, tworzących warstwy, a jedynie cieniutka kartka papieru w brzoskwiniowym kolorze, na której ktoś zrobił trzy brązowe kleksy pieprzyków.
Zszedł ze swojego dotychczasowego siedziska i przepełzł do barku.
- Chcesz mini Jacka? – Coco nawet nie uniosła drobnej głowy, splątane kasztanowe włosy wlazły jej do oczu.
Kenzo uznał jej obojętność jako odpowiedź przeczącą i obraził się, odstawiając małą buteleczkę Jacka Danielsa z powrotem na wąską półeczkę. Zatrzasnął drzwiczki zadowalając się butelką fanty i wyszedł na balkon w samych bokserkach, po drodze kradnąc Coco papierosa.
- Jezu, ty gnojku. – zaplątała się w prześcieradło i prawie wyrżnęła śliczną bródką w nocną szafkę. Pościel pachniała ich ciałami, rozlaną kawą i słonością morza. Samo ono, bezkresne w swym gniewnym granacie rozciągało się przed nimi od jednej części skalistej zatoki do drugiej, w drodze do końca świata przecięte tylko cieniutkim pasmem maleńkich wysp. Coco postawiła stopę na plastikowym krzesełku ustawionym pod ścianą i odpychając się od niego usiadła na samiutkim brzegu barierki oddzielającej ich azyl na siódmym piętrze od brzydkiego, dusznego świata. Kenzo natychmiast wyobraził sobie jej wiotkie, drobne ciałko spadające niczym lalka z wysokości dwudziestu jeden metrów prosto na potężny cyprys rosnący na dole i złapał ją w pasie, ściągając na nagrzane słońcem płytki.
Przycisnęła swoje usta do jego i zaśmiała się histerycznie. Nad ich głowami krążyła burza.



Melodyjny, aczkolwiek denerwujący dźwięk obwieścił pasażerom Boeinga 737 lecącego z wyjątkowo ponurego tego ranka Paryża do słonecznego Dubrovnika, że spokojnie mogą odpiąć pasy bezpieczeństwa. Graeme Castelbajac zamówił whisky z dużą ilością lodu i przykrył przekrwione oczy wierzchem dłoni. Na kolanach rozłożoną miał czerwoną teczkę spiętą gumką; zza jednego z jej rogów złowrogo wychylał się skrawek jakiegoś ważnego dokumentu jako mroczny zwiastun kolejnej zarwanej nocy. W ciągu ostatnich trzech dni spał pięć godzin. Nie pił drinków, nie tańczył do upadłego w Sanz Sans, nie flirtował z dziewczynami w sukienkach wyszywanych cekinami, nie rzygał po śmierdzących odświeżaczem do sedesów łazienkach i nie pieprzył Luelle, swojej uroczej narzeczonej tak, że potem obydwoje nie mogli chodzić. Przez ostatnie trzy dni Graeme Castelbajac siedział z białym Macbookiem na kościstych kolanach, popijał kawę na przemian z wodą niegazowaną i pracował nad umowami, odpowiadał na maile, wysyłał potwierdzenia, zmieniał teksty ulotek, przeglądał mądre książki, sprawdzał zastanawiające go pojęcia i wydzwaniał do swojego znudzonego, obrzydliwie bogatego przełożonego, zamiast interesujących go informacji wysłuchując jego teoretycznie zabawnych anegdotek z pola golfowego.
Był zmęczony, był zmordowany. Nienawidził startów, nienawidził lądowań i nienawidził picia w samolocie, bo zawsze zamawiając jakiś alkohol przypominał sobie o tragicznej śmierci swojego dziadka, starego alkoholika, który dwadzieścia lat wcześniej zatruł się alkoholem właśnie na pokładzie samolotu i wykitował na piętnaście minut przed lądowaniem, po drodze jeszcze rzygając siedzącej przed nim pasażerce do wielkiego kapelusza. Nienawidził swojej pracy, która tak działała na jego ambicję, że nie był w stanie jej rzucić. Nienawidził też tych wszystkich przeklętych kongresów, na których jego potencjalni współpracownicy wpraszali się na kolacje, za które to on później płacił (na całe szczęście biorąc rachunek na firmę) i katowali go swoim szorstkim, łamanym angielskim.
A najbardziej nienawidził teraz siebie, a raczej tego, czym się stał. Nienawidził tego sztywnego, ambitnego dupka w szytym na miarę garniturku Zegny, z ponurą miną, sińcami pod oczami i złotymi spinkami do mankietów od Luelle, które zamiast przypominać mu o jej miłości krzyczały tylko, że wydała na nie całkiem sporą sumkę ściągniętą z konta ojca.

Miuccia i Giambattista Marconi oddali klucz recepcjonistce i po wypiciu drinka (Pina Colada dla niej i Tequila Sunrise dla niego) wsiedli do taksówki stojącej przed wejściem. Giambattista potwornie klął, bo wpadł na miniaturową palmę stojącą w wielkiej donicy przy kolumnie przed podjazdem i pokłuł sobie cały, kościsty tyłek, a Miuccia wychylała się przez okno, w modlitwie by nie przejechali żadnego kota zaciskając chłodne dłonie na przedramieniu brata. Taksówkarz musiał być szalony z tym swoim notorycznym przekraczaniem prędkości.
- Obiecaj mi – Giambattista zmrużył oczy i rozłożył się wygodniej na tylnim siedzeniu, dźgając ją niechcący łokciem w biodro – że nie wytniesz mi takiego numeru jak w zeszłym roku.
- Ja? – Miuccia zakręciła szybę i zsunęła ze smukłej, opalonej stopy fioletową balerinkę z wycięciem na palec – Naprawdę nie mam pojęcia o czym mówisz.
- Oczywiście, że masz. – Giambattista przeczesał dłonią gęstą, ciemną czuprynę i zagryzł wargi. Miuccia była pewna, że już mu przeszło, ale najwyraźniej ciągle się na nią boczył. Oscara, słodkiego Brytyjczyka mieszkającego z dziadkami w obrośniętym dzikim winem domu u stóp gór poznali rok wcześniej na samym początku ich pobytu w Chorwacji, kiedy Giambattista uznał, że dobrze byłoby porzucić na chwilę burżuazyjne rozrywki nad podgrzewanym basenem i spędzić cudowny, aktywny dzień na łonie natury. O siedemnastej, po pięciu godzinach użerania się z cholerną przyrodą ( Giambattista zapomniał zabrać ze sobą krem do opalania, a Miuccia jakoś nie pomyślała, że zakładanie nowiutkich sandałków Van Notena na górską przechadzkę nie należy do najlepszych pomysłów jakie miała w ostatnim czasie) i palącym słońcem Miuccia dostała histerii i, siadając na wielkim kamieniu pod rozłożystym platanem wrzasnęła, że nigdzie nie idzie. Giambattista złapał ją za zakrwawione stopy i próbował ciągnąć po kamienistej ścieżce, jednocześnie skręcając się z bólu poparzonej skóry.
I wtedy znalazł ich Oscar. Olśniewając rodzeństwo Marconich cudownym uśmiechem i rewelacyjnym angielskim powiedział, że o ile nie są psychopatami (chociaż to aż dziwne, że jeszcze pytał, wpadając na nich gdy obydwoje byli bliscy popełnienia grzechu brato/siostrobójstwa; Miuccia zrzuciła to potem na tą uroczą brytyjską uprzejmość) może ich zaprosić do swojego domu, gdzie będą mogli odpocząć i wychylić kieliszek rakii.
Miuccia od razu wiedziała, że chłopak wpadł jej bratu w oko i na początku nawet nie chciała im przeszkadzać. Z tym, że potem jakoś tak wyszło, na pewnej nadmorskiej skalce koło ich hotelu, że jego oczy, potwornie pociągające i niepasujące ze swoim błękitem do jego opalenizny, i te usta, wąskie i spierzchnięte od upału, no cóż, były chyba zbyt blisko. Giambattista nakrył ich potem w hotelowym pokoju, akurat w tym pechowym, chociaż dosyć przy tym przyjemnym momencie, kiedy Oscar klęczał między jej nogami z kablem od laptopa wbijającym się w kolano.
Odbił sobie tą zniewagę w ostatni wieczór, kiedy Miuccia nakryła jego i Oscara w podobnej sytuacji, aczkolwiek jakoś nigdy do końca jej nie przebaczył, że była pierwsza.
A teraz, no cóż, właśnie podjeżdżali górską dróżką ze żwirem chrzęszczącym pod kołami taksówki pod dom Oscara, pięknego Oscara Harvey’a, chłopca o wielkim sercu i niezwykłych łóżkowych umiejętnościach.
- Nie gniewaj się już – Miuccia pogładziła Giambattistę po policzku – Daję ci słowo, że to będzie piękne lato.

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Mój Profil

Podlinkuj

Dodaj do ulubionych

2009
maj (1)
czerwiec (2)
lipiec (3)
sierpien (2)
październik (1)
listopad (1)

2010
wrzesień (1)

brak kategorii (11)
wszystkie (11)

winehousewasteniewtamankefrench-connectionscrooked-thoughtmakabrelbalaclavaborn2bwildbobbymatchgirlpan-rgarnekbezuchasister-raysewneyespoppychildbellechoses